Nie mają łatwego życia w trakcie trwania rundy jesiennej kibice oraz zawodnicy GKS-u Jastrzębie. Na klub z Harcerskiej wciąż czeka bardzo ciężka walka o utrzymanie pierwszoligowego bytu, choć ostatnie wyniki mogły wlać w ich serca pewną dawkę optymizmu.
GKS i metoda małych kroków. „Najgorszy moment sezonu mamy za sobą”
Podsumowanie ostatnich wydarzeń w obozie GKS-u najlepiej zacząć od tego, co… przed nami. W końcu już jutro na stadionie w Jastrzębiu dojdzie do arcyciekawie zapowiadających się derbów z GKS-em Katowice, które nie tylko z racji geografii oraz rysów historycznych będą miały spory smaczek. Oba zespoły dzielą bowiem w tabeli zaledwie cztery punkty na korzyść beniaminka, a ewentualne zwycięstwo pozwoli któremuś z klubów odskoczyć „czerwonej strefie”. Pewne jest jedno - patrząc na dwa ostatnie tygodnie w wykonaniu podopiecznych Jacka Trzeciaka, istnieje przeczucie graniczące z pewnością, że do rywalizacji podejdą z podniesionymi czołami.
W dwóch ostatnich pojedynkach jastrzębianie sięgnęli bowiem po cztery oczka, pewnie pokonując u siebie Górnika Polkowice 3:1 oraz odrabiając dwubramkową stratę w spotkaniu z Odrą w Opolu. - Minione tygodnie w naszym wykonaniu nie były złe, a nasza gra może napawać pewnym optymizmem. Początkowe fragmenty spotkania z Odrą uznaliśmy za pewien wypadek przy pracy, bo po złym ustawieniu przy stałym fragmencie gry i bramce praktycznie z niczego, od tego momentu staraliśmy się kontrolować przebieg spotkania - zapewnił w rozmowie z naszym portalem pomocnik Dariusz Kamiński, dodając przy okazji, że jutro o dodatkową motywację z pewnością nie będzie trudno.
- Czujemy już tą podniosłą atmosferę derbów. Jak wiadomo, one rządzą się swoimi prawami i jestem pewny, że na boisku nie zabraknie walki oraz zaangażowania. Oczywiście liczę także na zdobycie trzech punktów. Każdy mecz w tej lidze jest bardzo trudny, nieważne czy rywalem jest GKS, Stomil czy też ŁKS. Ze wszystkimi trzeba wręcz wyrywać punkty i zostawić na placu gry serducho. My już pokazaliśmy, że potrafimy odbierać je faworytom, być może wchodzi wówczas w grę inny ciężar gatunkowy - dodał zawodnik GKS-u.
Punktowa sytuacja podopiecznych Jacka Trzeciaka wciąż pozostaje jednak bardzo ciężka, bo pomimo pewnej zwyżki formy, klub na razie nie zdołał opuścić strefy spadkowej i obecnie zajmuje w stawce 16. miejsce. Mimo to jastrzębianie mogą w swoim przypadku czuć spore westchnienie ulgi. - Byliśmy mocno pod ścianą, ale zdobyte 4 punkty dały nam pewien oddech. Ja sam nie jestem zawodnikiem, który się załamuje po 3-4 porażkach z rzędu. Walczymy o każde kolejne oczko, przybliżające nas do realizacji celu. Mamy zespół, potrafiący grać w piłkę, ale przy okazji notujący mocno sinusoidalną formę. Po niezłym początku znaleźliśmy się na dole, lecz już się z niego wygrzebujemy i teraz będzie tylko lepiej.
Pomijając również sobotnią rywalizację, do końca rundy na GKS czeka jeszcze spora seria meczów o podwyższonym ciężarze gatunkowym. W końcu do początku grudnia jastrzębianie zagrają m.in. ze Skrą Częstochowa, Puszczą Niepołomice czy Stomilem Olsztyn, więc w najbliższych tygodniach będą oni mogli zyskać (ale i przy okazji stracić) naprawdę wiele. - Uważam, że najgorszy moment sezonu mamy już za sobą. Wspomniani rywale w walce o utrzymanie są oczywiście w naszym zasięgu. Na ten moment skupiamy się przede wszystkim na „GieKSie”, ale jestem pewny, że jeżeli będziemy wszystko wykonywali krok po kroku oraz nie wybiegali nadmiernie w przód, będzie dobrze - zapewnia nasz rozmówca.
Wielu pewnej poprawy wyników zaczęło upatrywać w zmianie tradycyjnego ustawienia na to z trójką stoperów oraz dwoma wahadłowymi. Czy pomocnik pierwszoligowca zgadza się z tymi słowami? - Potrzebowaliśmy kopa i choć zmiana na trójkę obrońców przed Widzewem Łódź była w pewnym sensie ryzykowna, opłaciła się. Wyszliśmy tam na boisko odważnie, staraliśmy się go atakować wysokim pressingiem, a mnie z kolei trener przesunął bardziej do przodu, by pomóc Danielowi Ruminowi. W tej formacji gra się nam dobrze - w każdym razie mi na pewno, a poza tym pasuje ona pod profil naszych zawodników. Zresztą, zyskaliśmy pewność w defensywie, bo z tyłu zostaje ta trójka stoperów - przyznaje zawodnik, który wraz ze swoimi boiskowymi kolegami nie uniknął w ostatniej kolejce pewnego falstartu.
Analizując bowiem wypowiedzi zawodników oraz sztabu szkoleniowego po ostatnim meczu z Odrą, chyba nikt nie zdołał racjonalnie przyznać, co właściwie wydarzyło się w pierwszych minutach w stolicy województwa opolskiego. W sytuacji, gdy już po sześciu minutach zespół przegrywa na wyjeździe 0:2, charakter oraz posiadane umiejętności są poddawane bardzo mocnej próbie. - Już niejednokrotnie udowodniliśmy, że potrafimy się podnieść po stracie 1-2 bramek. Mamy na tyle charakterną drużynę, że potrafimy wyzwolić z siebie jeszcze większą energię i staramy się cały czas iść do przodu. A czemu zaczęliśmy to starcie w Opolu? Nie wiem. Wyszliśmy na niego skoncentrowani i było widać, że każdy chce. Na boisku wyglądało jednak tak, jakbyśmy wyszli z szatni dopiero po około 8-9 minutach. Wszystkie wywalczone punkty się liczą, ale w pewnych momentach brakuje nam koncentracji, w wyniku której popełniamy zaistniałe błędy - mówi piłkarz.
Skupiając się już jednak na samym Dariuszu Kamińskim, to patrząc przez pryzmat dotychczasowej części sezonu, pół żartem pół serio można by go było przyrównać do uniwersalnego scyzoryka. Do tej pory 22-latek występował chyba w każdej konfiguracji w linii pomocy, a ostatnio został nawet przesunięty do pierwszej linii, by wspierać absolutnie najlepszego strzelca GKS-u, Daniela Rumina. - Gra jest najważniejsza, tym bardziej, że jest to dla mnie pierwszy sezon w Fortuna 1. Lidze. Cieszę się z każdej minuty, bo jest to dla mnie wielka szansa. W moim przypadku nominalną pozycją jest skrzydło, choć np. w Górniku Zabrze trener Marcin Brosz starał się ze mnie zrobić środkowego pomocnika. Wiele mnie to nauczyło, ale po czasie wiem, że nie jest to pozycja dla mnie. Niemniej gdzie zajdzie potrzeba bym zagrał, tam będę się starał zrobić swoje - zapewnia zawodnik, do tej pory mający w tym sezonie na koncie jedną bramkę oraz dwie zaliczone asysty.

Kamiński jesienią należy do grona podstawowych zawodników w talii trenera Jacka Trzeciaka (fot: gksjastrzebie.com)
Największą satysfakcję urodzony w Lubaniu piłkarz musi odczuwać z faktu, że wystąpił on we wszystkich dotychczasowych ligowych spotkaniach tego sezonu (w tym dwanaście razy od pierwszej minuty). Tym samym niejako potwierdzają się słowa pomocnika z początku sezonu, że transfer z III-ligowej Wisłoki Dębica oraz przeskok o dwie klasy rozgrywkowe wcale nie jest dla niego taki ciężki czy bolesny. - Pewne doświadczenie z wyższych szczebli już miałem, bo byłem przez pewien czas w Górniku Zabrze i miałem okazję odbywać treningi z takimi zawodnikami jak Angulo, Kurzawa czy Kądzior. Później występowałem w Olimpii Grudziądz, następnie zanotowałem roczny epizod w Wisłoce Dębica, a możliwość gry tam dała mi sporo pewności siebie. Jako młody gracz potrzebuje minut i tym bardziej się cieszę, że i tutaj w Jastrzębiu gram regularnie - mówi 22-latek, który swoimi dotychczasowymi transferowymi ruchami udowadnia, że wszędzie dobrze, ale na Śląsku najlepiej.
- Powiem szczerze, że już mocno zżyłem się z tym regionem. Ja co prawda pochodzę z Dolnego Śląska, z miasta przy granicy z Niemcami, niedaleko Zgorzelca. Miałem jednak 15 lat, jak wyjechałem do szkoły do Zabrza, więc teraz z drobnymi przerwami wyjdzie 7-8 rok, gdy już tu jestem. Czuję się tu jak w domu - zakończył podstawowy gracz zespołu z Harcerskiej.