FELIETON: Trenerzy cudotwórcy, trenerzy nieudacznicy

21.04.2014
Jeśli ktoś umie malować ściany czy rąbać drewno, pomaluje i porąbie tak samo w każdych warunkach. Trenerzy mają wahania wręcz niesamowite. W ciągu życia większość z nich kilkakrotnie przechodzi drogę od pucybuta do Rockefellera i z powrotem.
Gdyby ktoś mi na początku sezonu powiedział, że w Wielką Sobotę najbliższych świąt wielkanocnych Rafał Górak będzie już pracował w Bielsku-Białej, zdziwiłbym się, że trafi akurat do Podbeskidzia. BKS-u Stal nawet bym nie brał pod uwagę. Życie trenera jest bardzo przewrotne. W sobotę BKS gładko opędzlował Czarnych Otmuchów pięcioma bramkami, a mógł spokojnie strzelić dziesięć i ładnie, spokojnie grał piłką. To było pierwsze zwycięstwo Rafała Góraka w BKS-ie.

Górak miał w GKS-ie Katowice bardzo udaną wiosnę, latem skład udało się jeszcze wzmocnić, a sytuację finansową i organizacyjną w GKS-ie wyprostować. Choć oczywiście „nie było żadnego ciśnienia na awans, no skąd“, wszyscy oczekiwali, że wejdzie do ekstraklasy. Dostał lanie od Bełchatowa i już go nie było. Niejednokrotnie słyszałem głosy, że dopóki Górak tam pracuje, GieKSa nie wejdzie do ekstraklasy, a Radzionków z IV do I ligi wprowadził nie Górak, a Skowronek. Wyjątkowo zły PR musi mieć ten trener, bo jednak mi się wydaje, że nawet jeśli zasług Skowronka było dużo, to raczej nie jest ujmą wziąć sobie dobrego asystenta. I wydaje mi się, że bez Góraka GKS nie przetrwałby w I lidze najcięższej królewskiej zawieruchy. Dziś, gdy trener Moskal też nie radzi sobie tak, jak od niego oczekiwano, widać, że to jednak nie Górak był problemem GieKSy. I że piłkarze jak chcą zagrać, to potrafią (jak w piątek).

Niektórzy pracę Góraka jednak doceniali, więc rzadko, bo rzadko, ale przebąkiwało się, że trafi do ekstraklasy. Raz bodaj do GKS-u Bełchatów, a później do poronionego na szczęście tworu KP Katowice. Nikt go do III ligi w ogóle nie próbował przymierzać. A parę miesięcy później już tam jest.

Zastąpił Jana Furlepę, o którym w BKS-ie dało się usłyszeć, że wuefista i trener w sam raz na III ligę, w przeciwieństwie do poprzedniego, czyli Marka Mandli, który miał tę ligę przerastać. Furlepa po przeciętnym wyniku po jesieni zrezygnował i... odnalazł się w Rybniku, czyli dwie ligi wyżej. A parę miesięcy temu nikt by nawet nie próbował mu wróżyć takiego awansu.

Z kolei w Rybniku zastąpił Marka Wleciałowskiego. A wydawałoby się, że asystent selekcjonera kadry powinien być bardziej pożądany niż tylko na dole tabeli I ligi. Nie był. Jego poprzednik Ryszard Wieczorek w Górniku znów wyszedł na nieudacznika, podobnie jak w paru wcześniejszych klubach. A jednak w Rybniku zrobił doskonałą robotę, w Wodzisławiu też mu się zdarzało. Z Waldemara Fornalika robi się dziś nieudacznika, ale zanim przejął kadrę w każdym klubie sobie poradził. Z Adama Nawałki też zaczyna się robić fajtłapę, w Górniku i GKS-ie był cudotwórcą, ale w Wiśle, Jagiellonii czy Zagłębiu jednak fajtłapą. A Robert Kasperczyk, najlepszy trener w historii Podbeskidzia, ani wcześniej ani później na dobrą sprawę nie osiągnął nic. Dziś jest o krok od spadku z do III ligi lubelsko-podkarpackiej. Czary czy co?

Po co ta cała wyliczanka? Żeby pokazać, jak zawód trenera jest oparty na wzlotach i upadkach. Chyba bardziej niż jakikolwiek inny. Jeśli ktoś umie malować ściany czy rąbać drewno, pomaluje i porąbie mniej więcej tak samo w każdych warunkach. Trenerzy mają wahania wręcz niesamowite. W ciągu życia większość z nich kilkakrotnie przechodzi drogę od pucybuta do Rockefellera i z powrotem.

Połową arsenału trenera jest opinia w środowisku. W naszych warunkach większość trenerów jest tak naprawdę niezweryfikowanych, bo ma związane ręce i ograniczony czas działania. Jeden trener ma akurat dobrą passę, więc jest uznawany za dobrego i prezesi chcą go zatrudniać, inny akurat jest uznawany za beznadziejnego. Dopóki ktoś mu nie da szansy i nie odwróci passy. 

Zauważcie, że wśród tych wszystkich śląskich trenerów nie wyliczyłem Marcina Brosza. On jest w osobnej kategorii, bo wszystkie cykle zalicza w jednym miejscu pracy. Pierwszej jesieni w Gliwicach „cudotwórca“, pierwszej wiosny „patałach“, potem przez dwa lata „cudotwórca“, dziś „patałach“. Cały ten dzisiejszy tekst jest po to, by na trenerów czasem spojrzeć szerzej niż na aktualne wyniki. Posłuchać, podpatrzeć, jak oni na co dzień pracują, jaką mają wizję. O Broszu z każdej strony słyszę, że „profesjonalista“, „wie, czego chce“, „trzymający dyscyplinę“, dbający o dietę zawodników, z mózgiem otwartym na nowinki. Mam nieodparte wrażenie, że z całego Piasta najbliżej Europy jest nie zarząd, nie piłkarze, nie kibice, ale właśnie trener.

W ciągu zeszłego tygodnia przeczytałem z siedem razy o tym, kto ma być następcą Brosza w Gliwicach. Ten wiatr może najbardziej utytułowanego trenera w historii klubu rzeczywiście z niego wymieść. Dopiero za pół roku się okaże, że to jednak w czym innym był problem Piasta, a Brosz nie był wcale taki cienki, jak dziś się mówi. Dla trenerów to nie pierwszyzna, każdy coś takiego przeżywa. Ale może my, jako środowisko, byśmy zastanowili się nad łatwością, z jaką wyrzucamy z siebie kategoryczne zdania o trenerach? Oszczędzilibyśmy sobie wstydu znanego Błażejowi Augustynowi.

Michał Trela
Autor jest dziennikarzem Przeglądu Sportowego
Więcej jego tekstów znajdziesz na michaltrela.blog.pl
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również