FELIETON: Srebrny GKS
04.04.2014
To nie były jakieś wyjątkowe finały. Po latach nikt nie będzie wspominał pięknych bramek, wspaniałych akcji czy kapitalnych interwencji. Więcej niż o grze mówiło się o wydarzeniach na trybunach, komentarzach, oświadczeniach… Fakt, że w sześciu spotkaniach padło tylko 27 goli, też o czymś świadczy. To była walka, często fizyczna, niezbyt piękna. Wygrał zespół mądrzejszy. Niekoniecznie lepszy.
Wygrał zespół z Sanoka, bo grał mądrzej. Prowokował, ale w większości przypadków nie atakował. Mike Danton, wróg numer 1 tyskich kibiców, spędził na ławce kar zaledwie 12 minut. Ile przesiedzieli z jego przyczyny tyscy zawodnicy? Nie sposób zliczyć. Nawet wczoraj „udało” mu się wyłączyć z gry na 10 minut Adama Bagińskiego. W trzeciej tercji! Gdy GKS potrzebował rozpaczliwie napastników i strzałów na bramkę, bo przegrywał 0-2. A dziesięciominutowe kary odsiadywali też Milan Baranyk i Jakub Witecki.
Nie bez znaczenia jest fakt, że tyszanie w finałowej rywalizacji łącznie spędzili na ławce kar o 40 minut więcej niż Ciarko. 40 minut! Każdy, kto interesuje się hokejem zdaje sobie sprawę, ile to straconych sił, gdy trzeba zastąpić na lodzie ukaranego zawodnika.
Hokej, jak wiele dyscyplin, to gra nerwów. Sanoczanie szybko wyciągnęli wnioski z pierwszych meczów, a później częściej i skuteczniej trzymali nerwy na wodzy. Dlatego wczoraj, a pewnie i dziś, i jeszcze przez kilka dni świętowali, świętują i będą świętować mistrzostwo Polski. Bo potrafili wygrywać nawet te mecze, w których byli drużyną słabszą.
Obrońca Ciarko, Rafał Dutka, po zwycięstwie w piątym meczu powiedział, że zasługują na mistrzostwo, bo są drużyną. Bardziej niż którykolwiek inny zespół. Być może miał rację. Choć pojawiło się tam w tym sezonie kilkunastu nowych zawodników, potrafili się dogadać, zgrać i stworzyć odpowiednią atmosferę. Oczywiście nie brakowało tam naprawdę świetnych hokeistów, ale nie był to Dream Team.
Czy rzeczywiście? Kapitalny bramkarz, czołowi obrońcy ligi, trzech napastników w pierwszej piątce klasyfikacji kanadyjskiej. Może po prostu nie doceniano potencjału tej drużyny?
GKS na pewno nie zagrał w finale na miarę oczekiwań. Podczas gdy sanoczanie rozkręcali się wyraźnie z każdym kolejnym meczem, zespół tyski prezentował się coraz słabiej. Oczywiście w pewnym stopniu wpłynęły na to kontuzje: jeszcze w ćwierćfinale kapitan Michał Woźnica, później walczący za dwóch Kacper Guzik i Jarosław Rzeszutko. Tylko, że drużyny mającej dziewięciu reprezentantów to nie tłumaczy. Wystarczy przypomnieć, że w meczu numer dwa, wygranym przez Sanok po karnych, oba gole zdobył napastnik z czwartej piątki. Że w trzech z sześciu spotkań wcale nie punktował pierwszy atak...
Porażkę GKS-u spowodowało to, co było problemem przez cały sezon – skuteczność, a raczej jej brak. Trudno posądzać o to drużynę, która w sezonie zasadniczym w 48 meczach zdobyła blisko 250 goli, ale tak właśnie było. Tyszanie w każdym spotkaniu stwarzali niezliczoną ilość sytuacji, z których wykorzystywali zaledwie część. W meczach finałowych było ich mniej (choć i tak sporo), stąd i bramek niewiele.
Nie ma co się oszukiwać – w Tychach srebrny medal traktują, jak nagrodę pocieszenia. Nie taki miał być finał. Tutaj wszyscy – od działaczy po kibiców – czekali na drugie w historii klubu mistrzostwo Polski. Apetyty zaostrzył wygrany w cuglach sezon zasadniczy. Dodatkowo na drodze GKS-u nie stanęła, jak wiele razy wcześniej, „zaprzyjaźniona”, ale niewygodna Cracovia.
Gdy opadną emocje, zacznie się pewnie szukanie winnych. Bo kogoś trzeba tą porażką obarczyć. Kolejny sezon bez złotego medalu. Może za rok, jeśli starczy pieniędzy i cierpliwości. Akurat będzie taka fajna, okrągła rocznica...
Olga Rybicka
Reporterka sportowa
TVP Katowice
Wygrał zespół z Sanoka, bo grał mądrzej. Prowokował, ale w większości przypadków nie atakował. Mike Danton, wróg numer 1 tyskich kibiców, spędził na ławce kar zaledwie 12 minut. Ile przesiedzieli z jego przyczyny tyscy zawodnicy? Nie sposób zliczyć. Nawet wczoraj „udało” mu się wyłączyć z gry na 10 minut Adama Bagińskiego. W trzeciej tercji! Gdy GKS potrzebował rozpaczliwie napastników i strzałów na bramkę, bo przegrywał 0-2. A dziesięciominutowe kary odsiadywali też Milan Baranyk i Jakub Witecki.
Nie bez znaczenia jest fakt, że tyszanie w finałowej rywalizacji łącznie spędzili na ławce kar o 40 minut więcej niż Ciarko. 40 minut! Każdy, kto interesuje się hokejem zdaje sobie sprawę, ile to straconych sił, gdy trzeba zastąpić na lodzie ukaranego zawodnika.
Hokej, jak wiele dyscyplin, to gra nerwów. Sanoczanie szybko wyciągnęli wnioski z pierwszych meczów, a później częściej i skuteczniej trzymali nerwy na wodzy. Dlatego wczoraj, a pewnie i dziś, i jeszcze przez kilka dni świętowali, świętują i będą świętować mistrzostwo Polski. Bo potrafili wygrywać nawet te mecze, w których byli drużyną słabszą.
Obrońca Ciarko, Rafał Dutka, po zwycięstwie w piątym meczu powiedział, że zasługują na mistrzostwo, bo są drużyną. Bardziej niż którykolwiek inny zespół. Być może miał rację. Choć pojawiło się tam w tym sezonie kilkunastu nowych zawodników, potrafili się dogadać, zgrać i stworzyć odpowiednią atmosferę. Oczywiście nie brakowało tam naprawdę świetnych hokeistów, ale nie był to Dream Team.
Czy rzeczywiście? Kapitalny bramkarz, czołowi obrońcy ligi, trzech napastników w pierwszej piątce klasyfikacji kanadyjskiej. Może po prostu nie doceniano potencjału tej drużyny?
GKS na pewno nie zagrał w finale na miarę oczekiwań. Podczas gdy sanoczanie rozkręcali się wyraźnie z każdym kolejnym meczem, zespół tyski prezentował się coraz słabiej. Oczywiście w pewnym stopniu wpłynęły na to kontuzje: jeszcze w ćwierćfinale kapitan Michał Woźnica, później walczący za dwóch Kacper Guzik i Jarosław Rzeszutko. Tylko, że drużyny mającej dziewięciu reprezentantów to nie tłumaczy. Wystarczy przypomnieć, że w meczu numer dwa, wygranym przez Sanok po karnych, oba gole zdobył napastnik z czwartej piątki. Że w trzech z sześciu spotkań wcale nie punktował pierwszy atak...
Porażkę GKS-u spowodowało to, co było problemem przez cały sezon – skuteczność, a raczej jej brak. Trudno posądzać o to drużynę, która w sezonie zasadniczym w 48 meczach zdobyła blisko 250 goli, ale tak właśnie było. Tyszanie w każdym spotkaniu stwarzali niezliczoną ilość sytuacji, z których wykorzystywali zaledwie część. W meczach finałowych było ich mniej (choć i tak sporo), stąd i bramek niewiele.
Nie ma co się oszukiwać – w Tychach srebrny medal traktują, jak nagrodę pocieszenia. Nie taki miał być finał. Tutaj wszyscy – od działaczy po kibiców – czekali na drugie w historii klubu mistrzostwo Polski. Apetyty zaostrzył wygrany w cuglach sezon zasadniczy. Dodatkowo na drodze GKS-u nie stanęła, jak wiele razy wcześniej, „zaprzyjaźniona”, ale niewygodna Cracovia.
Gdy opadną emocje, zacznie się pewnie szukanie winnych. Bo kogoś trzeba tą porażką obarczyć. Kolejny sezon bez złotego medalu. Może za rok, jeśli starczy pieniędzy i cierpliwości. Akurat będzie taka fajna, okrągła rocznica...
Olga Rybicka
Reporterka sportowa
TVP Katowice
Polecane