FELIETON: Mariusz Czerkawski prezesem PZHL-u? Wierzę w ten pomysł…
21.03.2014
Za dużo obiecywał, zbyt wcześnie zdradzał publicznie swoje pomysły, które często później okazywały się mrzonkami i bardzo łatwo było później wypomnieć. Szybki awans reprezentacji, mocna liga ze sponsorem, mocarstwowe plany… Nie twierdzę, że nie miał dobrych intencji, bo pewnie miał, ale niewiele obietnic udało mu się zrealizować.
Co zostawia po sobie? Zadłużony związek. W tak kiepskiej sytuacji finansowej PZHL nie był chyba nigdy. Mówi się o 2,5-3 milionach, a to dla biednego polskiego hokeja suma wręcz astronomiczna. Paradoksalnie zostawia jednak zjednoczone środowisko. Klubowi działacze nigdy chyba tak zgodnie nie współpracowali, jak wtedy, gdy próbowali się prezesa Hałasika pozbyć. Zostawia też – tu będę się upierać – mocniejszą reprezentację. Biało-czerwoni nie rozpoczęli wprawdzie obiecywanego szturmu na elitę i wciąż grają w hokejowej trzeciej lidze, ale to nie jest już ten zespół, który przegrał wygrane mistrzostwa w Krynicy. To prezes Hałasik sprowadził trenerów Zacharkina i Bykowa, którym nasi reprezentanci zaufali, dzięki którym uwierzyli, że mogą być lepsi. Taka jest prawda. Nawet jeśli nas na takich trenerów nie stać.
Kłopoty ze startem ligi, przepychanki z prezesami klubów… reputacja PZHL-u jest mocno nadszarpnięta. Lekiem na całe zło ma być nowy prezes (na razie tę funkcję sprawuje Dawid Chwałka, wcześniej skarbnik związku). Ma nim być Mariusz Czerkawski.
Przedstawiać go nikomu nie trzeba, znają go nie tylko fani hokeja. Niewątpliwie najbardziej rozpoznawalny z polskich zawodników. Zrobił prawdziwą karierę za oceanem, a od kilku lat występuje w roli komentatora i eksperta. Nie rozstaje się z dyscypliną, choć od dawna mam wrażenie, że jego potencjał nie jest w pełni wykorzystywany. Być może z jego woli – na sportowej emeryturze ma prawo zajmować się tym, czym chce. Być może nie pojawiła się odpowiednia propozycja.
Przyznam szczerze, że nie podejrzewałam, iż mogłaby go interesować funkcja sternika PZHL-u. To niewdzięczna rola – zarządzać dyscypliną, która w naszym kraju postrzegana jest wręcz jako niszowa, którą uprawia czynnie kilkuset zawodników (mówię tylko o seniorach) i w której sukcesów jest jak na lekarstwo. W której większość klubów walczy o przetrwanie i żyje z sezonu na sezon bez żadnej stabilizacji.
Cieszy mnie jednak, że się myliłam. Jeśli Mariusz Czerkawski chce kandydować na prezesa (chociaż trudno tu chyba mówić o kandydowaniu, bo na razie nie widać potencjalnych rywali, zresztą tę kandydaturę popierają chyba wszyscy klubowi prezesi, co nie udało się do tej pory nikomu), to trudno mi obecnie wyobrazić sobie lepszy pomysł. Pomysł z pewnością trafiony wizerunkowo – nikt lepiej niż „Marre” nie ociepli wizerunku PZHL-u, a i na arenie międzynarodowej na pewno nie przyjdzie nam się wstydzić. Zna hokejowy świat i – co chyba jeszcze ważniejsze – ten świat zna jego.
Być może nie zna się na procedurach formalnych czy prawnych, wszelkie statuty i regulaminy – jeśli widział – to raczej z daleka. Nie szkodzi, od tego są współpracownicy. Ważniejsze, by potrafił skupić wokół siebie grupę ludzi, którzy pomogą mu pchnąć polski hokej we właściwą stronę.
Mariusz Czerkawski zdaje sobie sprawę, że zadanie, którego jest gotów się podjąć, jest trudne. Trudny jest też moment – kończą się powoli rozgrywki ligowe, za chwilę wszyscy hokejowi kibice będą żyć występem reprezentacji na Litwie. Występem, który dla dobra dyscypliny musi zakończyć się sukcesem (czytaj: awansem). Gdyby tak się stało, jego start mógłby być łatwiejszy.
Jeśli zostanie prezesem, dam mu szansę. Wierzę, że jeśli w pełni się zaangażuje, może dużo zdziałać. Nie oczekuję, że zbawi polski hokej. Mam jednak nadzieję, że pomoże mu ruszyć z miejsca.
PS. Powyższy tekst nie ma charakteru reklamowego i zawiera tylko prywatne opinie autorki.
Olga Rybicka
Reporterka sportowa
TVP Katowice
Co zostawia po sobie? Zadłużony związek. W tak kiepskiej sytuacji finansowej PZHL nie był chyba nigdy. Mówi się o 2,5-3 milionach, a to dla biednego polskiego hokeja suma wręcz astronomiczna. Paradoksalnie zostawia jednak zjednoczone środowisko. Klubowi działacze nigdy chyba tak zgodnie nie współpracowali, jak wtedy, gdy próbowali się prezesa Hałasika pozbyć. Zostawia też – tu będę się upierać – mocniejszą reprezentację. Biało-czerwoni nie rozpoczęli wprawdzie obiecywanego szturmu na elitę i wciąż grają w hokejowej trzeciej lidze, ale to nie jest już ten zespół, który przegrał wygrane mistrzostwa w Krynicy. To prezes Hałasik sprowadził trenerów Zacharkina i Bykowa, którym nasi reprezentanci zaufali, dzięki którym uwierzyli, że mogą być lepsi. Taka jest prawda. Nawet jeśli nas na takich trenerów nie stać.
Kłopoty ze startem ligi, przepychanki z prezesami klubów… reputacja PZHL-u jest mocno nadszarpnięta. Lekiem na całe zło ma być nowy prezes (na razie tę funkcję sprawuje Dawid Chwałka, wcześniej skarbnik związku). Ma nim być Mariusz Czerkawski.
Przedstawiać go nikomu nie trzeba, znają go nie tylko fani hokeja. Niewątpliwie najbardziej rozpoznawalny z polskich zawodników. Zrobił prawdziwą karierę za oceanem, a od kilku lat występuje w roli komentatora i eksperta. Nie rozstaje się z dyscypliną, choć od dawna mam wrażenie, że jego potencjał nie jest w pełni wykorzystywany. Być może z jego woli – na sportowej emeryturze ma prawo zajmować się tym, czym chce. Być może nie pojawiła się odpowiednia propozycja.
Przyznam szczerze, że nie podejrzewałam, iż mogłaby go interesować funkcja sternika PZHL-u. To niewdzięczna rola – zarządzać dyscypliną, która w naszym kraju postrzegana jest wręcz jako niszowa, którą uprawia czynnie kilkuset zawodników (mówię tylko o seniorach) i w której sukcesów jest jak na lekarstwo. W której większość klubów walczy o przetrwanie i żyje z sezonu na sezon bez żadnej stabilizacji.
Cieszy mnie jednak, że się myliłam. Jeśli Mariusz Czerkawski chce kandydować na prezesa (chociaż trudno tu chyba mówić o kandydowaniu, bo na razie nie widać potencjalnych rywali, zresztą tę kandydaturę popierają chyba wszyscy klubowi prezesi, co nie udało się do tej pory nikomu), to trudno mi obecnie wyobrazić sobie lepszy pomysł. Pomysł z pewnością trafiony wizerunkowo – nikt lepiej niż „Marre” nie ociepli wizerunku PZHL-u, a i na arenie międzynarodowej na pewno nie przyjdzie nam się wstydzić. Zna hokejowy świat i – co chyba jeszcze ważniejsze – ten świat zna jego.
Być może nie zna się na procedurach formalnych czy prawnych, wszelkie statuty i regulaminy – jeśli widział – to raczej z daleka. Nie szkodzi, od tego są współpracownicy. Ważniejsze, by potrafił skupić wokół siebie grupę ludzi, którzy pomogą mu pchnąć polski hokej we właściwą stronę.
Mariusz Czerkawski zdaje sobie sprawę, że zadanie, którego jest gotów się podjąć, jest trudne. Trudny jest też moment – kończą się powoli rozgrywki ligowe, za chwilę wszyscy hokejowi kibice będą żyć występem reprezentacji na Litwie. Występem, który dla dobra dyscypliny musi zakończyć się sukcesem (czytaj: awansem). Gdyby tak się stało, jego start mógłby być łatwiejszy.
Jeśli zostanie prezesem, dam mu szansę. Wierzę, że jeśli w pełni się zaangażuje, może dużo zdziałać. Nie oczekuję, że zbawi polski hokej. Mam jednak nadzieję, że pomoże mu ruszyć z miejsca.
PS. Powyższy tekst nie ma charakteru reklamowego i zawiera tylko prywatne opinie autorki.
Olga Rybicka
Reporterka sportowa
TVP Katowice
Polecane