"Do Jarocina nie jedziemy na frytki, ale po prawo gry w II lidze"

18.06.2009
Czy dopiero piąta w ciągu dwóch ostatnich lat porażka okaże się największym potknięciem w historii BKS-u? - Skrzydła powoli zaczyna nam podcinać ogromne zmęczenie - przyznają w Bielsku-Białej.
Niewykorzystane sytuacje się mszczą - to stare piłkarskie porzekadło przypomniało wczoraj o sobie z pełną mocą. Ku radości Jaroty i rozpaczy bielszczan. Ale ktoś, kto powie, że nie wykorzystując dwóch "setek", meczu wygrać się nie da, też bez racji przecież nie będzie. - Przez ostatnie dwa lata ponieśliśmy tylko cztery porażki. Ta piąta przyszła w najgorszym momencie - mówi Krystian Papatanasiu, który, by ratować sytuację, chwytał się różnych sposobów.

Włącznie z próbą wybicia piłki z bramki... ręką. - Nie wiem, czy futbolówka ostatecznie przekroczyła linię bramkową. Ale może to nawet i dobrze, że sędzia wskazał na środek boiska, bo przecież w innym przypadku musiałby podyktować przeciw nam rzut karny, a mnie samego wyrzucić z boiska - zauważa wychowanek BKS-u. - Tak czy siak, moim zdaniem, trafienie nie powinno zostać uznane - dodaje Damian Baron. Drugi gol dla gości, który padł na dosłownie moment przed ostatnim gwizdkiem arbitra, dopełnił tylko czarę goryczy.

Ta nie jest w stanie jednak dorównać zmęczeniu. To już drugi sezon z rzędu, gdy drużyna z Bielska-Białej finiszuje barażami. - Czasu na regenerację sił praktycznie nie ma. To powoli daje się nam we znaki - podkreśla Papatanasiu. Czy wystarczy energii, by w sobotę w Jarocinie odrobić straty? - Jedziemy tam po prawo gry w II lidze, a nie na frytki - zapowiada Baron.
autor: Kamil Kwaśniewski, Mariusz Polak

Przeczytaj również