"Dla zespołów nie mających siły Barcelony, wyjazdy mogą być łatwiejsze"

25.09.2012
- Być może niektórzy gracze Zagłębia Sosnowiec nie dorośli do gry o najwyższe cele - sugeruje Marek Mandla, były trener BKS-u Stal Bielsko-Biała i Walki Zabrze, z którym rozmawialiśmy o naszych II- i III-ligowcach.
Na początek spytam, czy podjął pan zatrudnienie w jakimś klubie. Niedawno pana nazwisko pojawiało się w kontekście pracy w Odrze Opole, jednak ostatecznie został zatrudniony Dariusz Żuraw. Jak do tego doszło?

Marek Mandla: - Rzeczywiście, były pewne rozmowy, ale nie doszliśmy do porozumienia z działaczami. Na razie więc nadal jestem "trenerem oczekującym".

Domyślam się jednak, że II i III ligę chętnie pan śledzi...

- Oczywiście, jeżdżę na mecze obu tych lig. Często jestem na takich wydarzeniach, które uważam za ciekawe, np. na meczach derbowych, bo te mnie najbardziej interesują. Ostatnio byłem na Wesołej, która grała z Polonią Łaziską Górne, a myślę, że w sobotę podjadę zobaczyć ciekawy mecz w Sosnowcu, gdzie Zagłębie będzie grać z Energetykiem ROW Rybnik.

Skoro widział pan ostatnio grę Górnika Wesoła, chętnie poznam pana zdanie o tym beniaminku. Pozycja w tabeli wskazuje na to, że jest źle. A jak to wygląda na boisku?

- To młody zespół, który płaci frycowe. Na pewno ambicji tej drużynie nie brakuje, ale... to nie jest IV liga. Zwłaszcza, że od czasu gdy wywalczyli awans, ten zespół jest mniej doświadczony i chyba piłkarsko trochę słabszy, a gra przecież w wyższej lidze. Na pewno nie można zarzucić im złej postawy, ale pytanie o umiejętności? Trzeba by im się przyjrzeć dłużej, żeby wydać w miarę wiarygodną opinię. Trudno wygłaszać jakiekolwiek prawdy na temat tego zespołu.

Postawa któregoś zespołu w III lidze pana zaskakuje?

- Wydaje mi się, że w tym sezonie nie ma drużyny takiej, jakie były w poprzednich latach. W pierwszym roku tej III ligi dominatorem był Ruch Radzionków. Potem Ruch Zdzieszowice, ROW Rybnik, czy w ubiegłym roku Rozwój Katowice, to były zespoły, które zdecydowanie wiodły prym w lidze i były bezdyskusyjnie najlepsze. Teraz jest co prawda parę takich drużyn, które głośno mówią o awansie - Skra Częstochowa, Odra Opole czy Szczakowianka Jaworzno - ale wydaje mi się, że rozgrywki i tak będą bardziej wyrównane. Nie ma zdecydowanego faworyta. Przecież umówmy się, że obecny lider, czyli Rogów, nie zapowiadał walki o awans, a jak by nie było, przewodzi stawce. Pniówek, który od lat należy do czołówki, nadal jest w czubie. Skra, która głośno mówi o awansie, nie miała najlepszego startu, ale prędzej czy później dojdzie do czołówki. Znajdzie się też w niej na pewno BKS Bielsko-Biała, więc ta liga będzie na pewno do końca ciekawa. Nie będzie tak, że na wiosnę po kilku kolejkach temat awansu jest już zakończony.

Nie zaskoczyło pana, że Jan Woś, trener Skry Częstochowa, przed sezonem tak zdecydowanie mówił o awansie? To takie niepolskie. Zwykle tego celu tak jasno się nie określa. Nie jest tak, że pierwsze kolejki szkoleniowca Skry za te słowa skarciły?

- Wydaje mi się, że trener Woś wie, co mówi. Być może chciał w ten sposób jeszcze bardziej zmotywować zawodników i zachęcić kibiców do przychodzenia na stadion. Ja w dalszym ciągu uważam, że jest to zespół, który może awansować i to, że trener wyraźnie o tym mówi, daje tylko sygnał zawodnikom, że w nich wierzy, a to może tylko pomóc.

Jak pan ocenia postawę BKS-u, który na razie wygląda na ligowego średniaka. Nie tylko przez postawę w tabeli, ale także przez grę...

- Ta drużyna jest w przebudowie. Ja widziałem BKS tylko raz na żywo. Zaszło tam wiele zmian, a na nie potrzeba zawsze czasu. Myślę, że drużyną środka - ale jego górnej części - pozostanie. Pytanie, jakie cele i plany mają tam na przyszłość. Bo ten sezon będzie przeznaczony na przebudowę. Zobaczymy, co się zdarzy w następnym. Będzie to na pewno drużyna ciekawa, bo tacy zawodnicy jak Mariusz Mikoda, młodzieżowy reprezentant Polski, Krzysztof Zaremba, na pewno potrafią grać, ale potrzeba czasu, żeby to scementować i sprawić, że ta ekipa będzie tworzyła autentyczny zespół. W jeszcze wielu meczach pokażą, że są drużyną z czołówki.

Nie jest dla pana zaskoczeniem strzelecka postawa Marcina Kocura? Zawodnik, którego pan ściągał do Bielska-Białej, jest obecnie najskuteczniejszym graczem ligi.

- Czasem to tak bywa. To jest zawodnik, który potrafi grać i strzelać bramki. On tym żyje. Ściągałem do BKS-u po to, by grał, trafiał, rozwijał się dalej i może jeszcze wypłynął na szersze wody. Niestety, przez różne kontuzje, choroby, dolegliwości, nie mógł tego talentu do końca rozwinąć. Być może teraz jest jego okres. Może te kontuzje się skończyły. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Pytanie nie było "czy", ale "kiedy" wreszcie Marcin odpali. Zaczyna powoli odpalać. Życzę mu przede wszystkim zdrowia, bo, że ten chłop grać umie i jest inteligentny, to doskonale wiem. Cieszę się, że wreszcie jest w takiej formie. Szkoda tylko, że nie wtedy, kiedy go sprowadzałem, bo wiązałem z nim wielkie nadzieje.

Porozmawiajmy chwilę o meczach II ligi, które pan obserwował. Jakie drużyny z naszego województwa miał pan okazję ostatnio widzieć na żywo?

- Widziałem mecz Rozwoju Katowice z Zagłębiem Sosnowiec. Byłem bardzo ciekaw, jak poradzi sobie zespół, z którym jako jedni z nielicznych my - czyli BKS - nie przegraliśmy. Okazuje się, że ten start w II lidze był bardzo dobry. Na fali entuzjazmu drużyna zdobyła parę punktów. Teraz troszkę dostała zadyszki, ale wydaje mi się, że Rozwój jest na tyle dobrze zorganizowanym klubem, ma na tyle dobrą młodzież, że spokojnie sobie da radę. Na pewno nie mają w tym klubie mocarstwowych zapędów, nie mówią, że interesuje ich tylko awans, tylko chcą - wydaje mi się słusznie - budować zespół, chcą się utrzymać, ale grać jak najlepiej i wygrywać. To im się udaje. Grają bez jakichś obciążeń i fajnie to wygląda.

Dobrze wystartował też inny nasz zespół w II lidze - ROW Rybnik...

- Zespół, który był budowany przez trenera Wieczorka od jakiegoś czasu. Był dla mnie zaskoczeniem w ubiegłym sezonie, tuż po awansie. Wydawało mi się, że ten zespół powinien był grać lepiej i zająć wyższe miejsce w tabeli, niż miało to ostatecznie miejsce. Zawodnicy odpalili, nabrali doświadczenia, poznali tę ligę i widać, gdzie są. Grają tam zawodnicy bardzo doświadczeni, chociażby Mariusz Muszalik, który z niejednego pieca chleb jadł, Kamil Kostecki, Jarosław Wieczorek to też zawodnicy już ograni na boiskach II-III ligi. ROW nie jest jakimś superzaskoczeniem. Potwierdza po prostu to, że jest silną drużyną, która może się włączyć do walki na koniec rozgrywek.

Zaskoczeniem, ale in minus, może być za to chyba postawa Zagłębia Sosnowiec?

- To zespół, który gra zupełnie poprawnie, no ale te wyniki... Być może nie wszyscy zawodnicy dojrzeli do osiągania najwyższych celów. Może jednak okaże się, że ten zespół limit nieszczęść już wyczerpał i będzie się pchał w górę. Z racji firmy - aczkolwiek dziś nikomu nic się już nie należy - i pod względem organizacyjnym, ten klub powinien być wyżej niż jest obecnie. W meczu z Rozwojem, wynik (1-3 - przyp. MT) odzwierciedla to, co się działo na boisku, ale z relacji prasowych wiem, że w niektórych spotkaniach zawodnicy z Sosnowca mają po prostu pecha. Kibicuję im, bo jak by nie było to też zespół z naszego regionu. Szkoda, żeby taka firma znajdowała się w takim miejscu. Powinni grać zdecydowanie wyżej. Wierzę, że fala nieszczęść się skończyła i będzie już tylko lepiej.

Głównym problemem Zagłębia jest niemożność wygrywania na własnym boisku. Pan ten problem zna z BKS-u. Skąd mogą się brać takie nietypowe kłopoty?

- Są niuanse taktyczne. Inaczej gra się u siebie, gdy przyjeżdża drużyna nie będąca faworytem. Do Bielska zespoły przyjeżdżały skoncentrowane głównie na obronie. Być może podobnie jest z Zagłębiem Sosnowiec. Drużyny przeciwne grają ostrożnie. Starają się na Stadionie Ludowym nie przegrać, wywieźć stamtąd punkt. Zagłębie ma ciśnienie, że powinno wygrywać, robić punkty, prowadzić grę, a to nie zawsze wychodzi. Nie każdy zespół ma do tego predyspozycje. Czasem na wyjazdach, grając podobnie jak rywale u nas, zdecydowanie łatwiej o punkty. Wyprowadza się kontry, a to przeciwnik musi grać bardziej otwartą piłkę. Stąd się bierze to, że mecze wyjazdowe dla drużyn nie dysponujących siłą uderzeniewą Barcelony są łatwiejsze. Może jest też problem z odpornością psychiczną? Może kibice wywierają za dużą presję i zawodnicy są usztywnieni. Nie pomaga też to, że zrobiła się seria porażek. Zawodnicy zaczynają mieć obsesję. Element psychologiczny może mieć ogromny wpływ.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również