Dąbrowa G. - ŁKS 86-77. "Lider zaprezentował koszykarską mądrość"

10.02.2010
Scenariusz meczu MKS-u z łodzianami niewiele różnił się od poprzednich spotkań dąbrowian we własnej hali. I tym razem lider udowodnił, dlaczego zajmuje właśnie I miejsce w ligowej tabeli.
Pierwsze minuty potyczki dąbrowian z ŁKS-em potwierdziły, że łodzianie to niezwykle niewygodny rywal dla lidera rozgrywek. W dotychczasowych trzech starciach tych zespołów na szczeblu I ligi za każdym razem górą okazywała się drużyna z centralnej części Polski. - I to było widać także na początku. Zawodnicy byli przestraszeni i wyszli na parkiet bez wiary w zwycięstwo - wyjaśniał Wojciech Wieczorek, trener gospodarzy. A w szeregach gości prym wiedli doświadczony Morawiec i 18-letni Bartoszewicz. Razem do spółki zdobyli 11 punktów i gdyby nie trafienie za trzy z faulem Szczypki, to przewaga przyjezdnych wynosiłaby po pierwszych 10 minutach 8 "oczek".

Zgodnie ze scenariuszami poprzednich spotkań można było mieć nadzieję, że dąbrowianie w kolejnej odsłonie ruszą do odrabiania strat. I tak faktycznie było, po tym jak o czas poprosił szkoleniowiec MKS-u. Po trzech celnych rzutach wolnych Basińskiego, który obchodził w dniu dzisiejszym urodziny, straty wynosiły zaledwie trzy punkty. Niestety dla gospodarzy, do końca tej kwarty zdobyli zaledwie dwa "oczka", a rywale aż 13, głównie za sprawą Walla. Silny skrzydłowy ŁKS-u szalał "na deskach", a dodatkowo był skuteczny pod koszem. Na kilku sekund przed gwizdkiem oznajmiającym przerwę Lisewski stracił piłkę na połowie, a łodzianie wykorzystali kontrę, trafiając za trzy.

W tym momencie straty były identyczne do tych ze spotkania z Żubrami. Tym razem jednak trudno było mieć nadzieję na szczęśliwy finał, bo przecież ŁKS, to dużo bardziej doświadczony zespół. A jednak. Dąbrowianom ponownie wystarczyła tylko trzecie kwarta, by wyjść na prowadzenie. - Po przerwie znacznie spadła nam skuteczność. Nie mam jednak pojęcia dlaczego posypała się także nasza gra w defensywie - rozkładał ręce Radosław Czerniak, szkoleniowiec łodzian. MKS do odrabiania strat poprowadził ich kapitan. - Można powiedzieć, że to był mój dzień. Udało mi się przeprowadzić kilka skutecznych akcji. Jesteśmy jednak zespołem i w zasadzie w każdym meczu kto inny jest liderem - podkreśla solenizant.

O wyniku miała więc zadecydować ostatnia kwarta. A w niej przez długi czas trwała rywalizacja kosz za kosz. Spore zaniepokojenie w szeregach dąbrowian mógł spowodował fakt popełnienia piątego przewinienia przez Piechowicza. Jak się jednak okazało, to wręcz pomogło MKS-owi, bo na parkiecie zameldował się Bogdanowicz. Niski skrzydłowy gospodarzy po chwili "wyjął" piłkę z kozła Trepce i skutecznie wykończył kontrę. - Zagrał bardzo dobre zawody. Szczególne pochwały należą mu się za grę w defensywie - komplementuje Wieczorek. Gdy w kolejnej akcji Basiński perfekcyjnie obsłużył Lisewskiego, a ten zakończył akcję efektownym wsadem, jasne stało się, że twierdza Dąbrowa nadal pozostanie niezdobyta.

- Niepotrzebnie wdaliśmy się w szaleńczą wymianę ciosów z rywalem. Powinniśmy dłużej pograć w ataku i grać zagrywki. MKS to doświadczony rywal i wykorzystał wszystkie nasze błędy - kręcił głową Krzysztof Morawiec, rzucający obrońca ŁKS-u. - Lider zaprezentował koszykarską mądrość, której nam zabrakło - podsumował Czerniak.
autor: Tomasz Mucha

Przeczytaj również