AZS AWF - KKS Tychy 79-72. Derby rządzą się swoimi prawami

13.02.2010
Przegrali siedem spotkań z rzędu. Jednak, gdy nadeszła rywalizacja derbowa z KKS-em Tychy, "Akademicy" z Katowic wspięli się na wyżyny umiejętności i pokonali faworyzowanego rywala.
Dość nieoczekiwanie już od samego początku ton wydarzeniom na parkiecie nadawali gospodarze. Bardzo dobrze prezentowali się zawodnicy podkoszowi "Akademików". Praktycznie na zmianę Milewski z Piotrkowskim przeprowadzili akcje ofensywne, które przynosiły punkty gospodarzom. Po przeciwnej stronie starał się im przeciwstawić głównie Bartosz, ale oprócz dobrych zagrań, zdarzały mu się takie wpadki, jak przestrzelony wsad czy też "pudło" spod samego kosza. Niewidoczny był także lider tyszan, Pacocha, na którego pod nieobecność Salamonika, spadła główna odpowiedzialność za zdobywanie punktów. - Jego pomoc byłaby nieoceniona szczególnie w ataku. Jestem przyzwyczajony do tego, że w każdym meczu gram z "plastrem”, ale w takich sytuacjach to cały zespół musi pomóc - kręcił głową najskuteczniejszy dotychczas w szeregach KKS-u.

Mimo tych problemów wydawało się, że tyszanie tak czy inaczej poradzą sobie z ostatnim zespołem w ligowej tabeli. Gdy Mielczarek wyrównał stan pojedynku, tyszanie uwierzyli, że od tego momentu rozpocznie się budowanie ich przewagi. I faktycznie trafienia Bartosza i Pacochy pozwoliły uzyskać im wyjść na prowadzenie, ale już po chwili katowiczanie za sprawą Gembusa doprowadzili do wyrównania. - Mieliśmy przewagę "na deskach” i to wysocy zbudowali nam ten bardzo dobry wynik - podkreślał Mirosław Stawowski, trener "Akademików".

Przegrana pierwsza połowa przez zawodników KKS-u zwiastowała spore emocje po przerwie. I pierwsze minuty po rozpoczęciu trzeciej kwarty zapowiadały, że walka o komplet punktów może się toczyć praktycznie do samego końca. Katowiczanie nie zamierzali jednak czekać i po akcjach Piotrkowskiego, Koczwary i Mateusza Dziemby uzyskali 11 punktów przewagi. I pewnie tyszanie mieliby jeszcze szanse dojść rywala, gdy nie spore problemy z przewinieniami osobistymi zawodników podkoszowych. - Nasi wysocy grali dość agresywnie i szybko "pospadali" za faule - tłumaczył Pacocha. Spora jednak w tym zasługa Milewskiego, który swoimi akcjami ofensywnymi wymusił takie zachowania rywali. - Na moją grę zapracował cały zespół i dzięki temu w końcówce grało nam się łatwiej - zapewniał środkowy "Akademików".

Co ciekawe, w czwartej kwarcie gospodarze zdobywali punkty tylko z rzutów wolnych. Skuteczność ich wykonywania pozostawiała jednak sporo do życzenia. - Gdyby rywal był skuteczniejszy, to nasza słabość na linii rzutów wolnych mogłaby po raz kolejny zostać ukarana - irytował się Mirosław Stawowski, trener AZS-u AWF-u.
autor: Tomasz Mucha

Przeczytaj również