Górnik - Pogoń 30-30. Handball'owy dreszczowiec przy Wolności
28.09.2013
Przeciętny start, jaki w rozgrywkach PGNiG Superligi Mężczyzn zanotował Górnik Zabrze nie zraził kibiców "Trójkolorowych" do pojawienia się na trybunach hali przy Wolności. Ci, którzy zdecydowali się sobotni wieczór spędzić ze szczypiorniakiem swojej decyzji żałować nie mogli. Pojedynek drużyny Patrika Liljestranda z niepokonaną dotąd ekipą Gaz System Pogoni Szczecin był bodajże najlepszym w tym roku widowiskiem na zabrzańskiej hali.
Mecz dla Górnika rozpoczął się źle. Zabrzanie myślami zostali chyba w szatni i nawet żywiołowo dopingująca publika nie była w stanie śląskiej drużyny wybudzić z letargu. Umiejętnie wykorzystali to goście ze Szczecina, którzy imponowali skutecznością i po kwadransie prowadzili bardzo przekonująco, bo aż 10-3.
Gospodarze wtenczas stworzyli kilka niezłych sytuacji, ale zabrzanie nie umieli znaleźć sposobu na świetnie interweniującego Tomislava Stojkovicia. Serbski bramkarz Pogoni był dla graczy Górnika nie do pokonania nie tylko z gry, ale też po rzutach karnych. Przed przerwą wyszedł bowiem zwycięsko z bitwy nerwów kolejno z: Bartłomiejem Tomczakiem, Aleksandrem Boskouem, Patrykiem Kuchczyńskim i Mariuszem Jurasikiem. Rzuty trzech pierwszych obronił, a "Józka" do tego stopnia zdekoncentrował, że weteran skierował piłkę nad poprzeczką.
Odczarować szczecińską bramkę zdołali dopiero Robert Orzechowski i Michał Kubisztal. Ten pierwszy po kilku szybkich kontrach trafił do siatki mocnym rzutem na wysokości głowy Stojkovicia, a "Kubeł" raz trafił z akcji, a raz skierował piłkę do siatki z rzutu karnego. To było jednak za mało, by do przerwy złapać kontakt ze szczecinianami, którzy do szatni schodzili ze spokojnym prowadzeniem 13-9, a dwie bramki rzucili w ostatnich kilkunastu sekundach pierwszej połowy.
Do roboty ekipa z Zabrza wzięła się po przerwie. Stopniowo podopieczni Liljestranda odrabiali straty, by na kwadrans przed końcem meczu przegrywać 20-21. Do wyrównania doprowadzili za to w 50. minucie gry, a chwilę później wyszli na jednobramkowe prowadzenie. To zwiastowało emocjonującą końcówkę meczu i ta taka była. Gospodarze próbowali osiągnąć dwubramkową przewagę, ale dobrze grający rywale skutecznie krzyżowali zabrzanom szyki, co rusz doprowadzając do wyrównania, a nawet wychodząc na minimalne prowadzenie.
Na piętnaście sekund przed końcem meczu - przy stanie 30-30 - szwedzki szkoleniowiec Górnika zdecydował się zagrać va banque i poprosił o czas. Nie w sposób uciec tutaj od analogii do zachowania Bogdana Wenty w ćwierćfinałowym meczu mistrzostw świata 2009 przeciwko Norwegii. Wówczas po przerwie - przy identycznym wyniku - 31 bramkę zdobył dla Polski Artur Siódmiak, a biało-czerwoni awansowali do półfinału mundialu.
W Zabrzu jednak tak się nie stało. Piłka trafiła do Jurasika, a grający w podwójnym osłabieniu "Portowcy" nie dali weteranowi nawet oddać rzutu na bramkę. Już po syrenie końcowej z rzutu wolnego próbował szczecinian zaskoczyć Orzechowski, ale i tym razem bramkarz nie musiał interweniować.
Na zakończenie warto raz jeszcze podkreślić, jak kapitalna była sobotniego wieczora atmosfera na hali przy Wolności. Kibice piłkarzy Górnika szybko zaczęli utożsamiać się z zabrzańskimi szczypiornistami grającymi pod herbem "Trójkolorowych" i po kolejnych bramkach fetowali strzelców równie fanatycznie, co zawodników drużyny Adama Nawałki. A ojciec i główny pomysłodawca zmiany nazwy i barw klubu, prezes Bogdan Kmiecik, mógł wtenczas jedynie szeroko się uśmiechać i zacierać ręce z satysfakcji.
Mecz dla Górnika rozpoczął się źle. Zabrzanie myślami zostali chyba w szatni i nawet żywiołowo dopingująca publika nie była w stanie śląskiej drużyny wybudzić z letargu. Umiejętnie wykorzystali to goście ze Szczecina, którzy imponowali skutecznością i po kwadransie prowadzili bardzo przekonująco, bo aż 10-3.
Gospodarze wtenczas stworzyli kilka niezłych sytuacji, ale zabrzanie nie umieli znaleźć sposobu na świetnie interweniującego Tomislava Stojkovicia. Serbski bramkarz Pogoni był dla graczy Górnika nie do pokonania nie tylko z gry, ale też po rzutach karnych. Przed przerwą wyszedł bowiem zwycięsko z bitwy nerwów kolejno z: Bartłomiejem Tomczakiem, Aleksandrem Boskouem, Patrykiem Kuchczyńskim i Mariuszem Jurasikiem. Rzuty trzech pierwszych obronił, a "Józka" do tego stopnia zdekoncentrował, że weteran skierował piłkę nad poprzeczką.
Odczarować szczecińską bramkę zdołali dopiero Robert Orzechowski i Michał Kubisztal. Ten pierwszy po kilku szybkich kontrach trafił do siatki mocnym rzutem na wysokości głowy Stojkovicia, a "Kubeł" raz trafił z akcji, a raz skierował piłkę do siatki z rzutu karnego. To było jednak za mało, by do przerwy złapać kontakt ze szczecinianami, którzy do szatni schodzili ze spokojnym prowadzeniem 13-9, a dwie bramki rzucili w ostatnich kilkunastu sekundach pierwszej połowy.
Do roboty ekipa z Zabrza wzięła się po przerwie. Stopniowo podopieczni Liljestranda odrabiali straty, by na kwadrans przed końcem meczu przegrywać 20-21. Do wyrównania doprowadzili za to w 50. minucie gry, a chwilę później wyszli na jednobramkowe prowadzenie. To zwiastowało emocjonującą końcówkę meczu i ta taka była. Gospodarze próbowali osiągnąć dwubramkową przewagę, ale dobrze grający rywale skutecznie krzyżowali zabrzanom szyki, co rusz doprowadzając do wyrównania, a nawet wychodząc na minimalne prowadzenie.
Na piętnaście sekund przed końcem meczu - przy stanie 30-30 - szwedzki szkoleniowiec Górnika zdecydował się zagrać va banque i poprosił o czas. Nie w sposób uciec tutaj od analogii do zachowania Bogdana Wenty w ćwierćfinałowym meczu mistrzostw świata 2009 przeciwko Norwegii. Wówczas po przerwie - przy identycznym wyniku - 31 bramkę zdobył dla Polski Artur Siódmiak, a biało-czerwoni awansowali do półfinału mundialu.
W Zabrzu jednak tak się nie stało. Piłka trafiła do Jurasika, a grający w podwójnym osłabieniu "Portowcy" nie dali weteranowi nawet oddać rzutu na bramkę. Już po syrenie końcowej z rzutu wolnego próbował szczecinian zaskoczyć Orzechowski, ale i tym razem bramkarz nie musiał interweniować.
Na zakończenie warto raz jeszcze podkreślić, jak kapitalna była sobotniego wieczora atmosfera na hali przy Wolności. Kibice piłkarzy Górnika szybko zaczęli utożsamiać się z zabrzańskimi szczypiornistami grającymi pod herbem "Trójkolorowych" i po kolejnych bramkach fetowali strzelców równie fanatycznie, co zawodników drużyny Adama Nawałki. A ojciec i główny pomysłodawca zmiany nazwy i barw klubu, prezes Bogdan Kmiecik, mógł wtenczas jedynie szeroko się uśmiechać i zacierać ręce z satysfakcji.
Polecane
Piłka ręczna
Przeczytaj również
03.12.2014
03.12.2014
Silesia Cup z udziałem KPR Ruch
26.11.2014
26.11.2014
Monika Migała wśród wyróżnionych