WYWIAD. Artur Skowronek: Kapitanem okrętu jestem ja, chłopcy to czują

01.07.2011
Skończył w tym roku 29 lat. Jest zdecydowanie najmłodszym trenerem, patrząc na ekstraklasę oraz I ligę. Artur Skowronek miał pół roku, by się wykazać. Poradził sobie z presją...
Jan Belianczin, Marcin Suchański, Piotr Rocki... Oto zawodnicy Ruchu Radzionków, którzy są starsi od pana. I to o dobrych kilka lat. Kiedy zimą przejmował pan ten zespół, wielu wątpiło, czy pan sobie poradzi. Jest satysfakcja i myśl: „pokazałem im, że można”?
- Nie odczułem takiej satysfakcji, bo jestem ambitnym człowiekiem. Pracowałem w trudnych warunkach. Z drugiej strony potencjał w szatni był taki, że mogliśmy się uplasować na wyższym miejscu niż dziewiąte. Uważam niemniej, że to był i tak dobry wynik tego klubu i ta lokata pokazała, że człowiek, który ma 29 lat, może poprowadzić ekipę na zapleczu ekstraklasy.

Pewnie zebranych przez te kilka miesięcy doświadczeń nie da się kupić za pieniądze?
- Owszem. To była zupełnie inna robota niż dotychczas. Inne obowiązki, a przede wszystkim inna odpowiedzialność. Bo odczułem przede wszystkim skalę odpowiedzialności. To jak gra zespół spoczywa tylko na barkach Skowronka. A jedyną wykładnią jego pracy jest wynik, który nie zawsze odzwierciedla to, jaką pracę się wykonało. Taki jest futbol. Przyjmuję to. Wiem, że wszystkich ludzi dookoła interesuje tylko wynik.

Nieczęsto dochodzi do sytuacji, kiedy asystent zostaje mianowany pierwszym trenerem. Ostatnio taka sytuacja miała miejsce w FC Porto. Andre Villas Boas trafił do FC Chelsea, jego miejsce zajął drugi trener - Vitor Perreira. Nawet zawodnicy Porto powątpiewają, czy zdoła on teraz nagle wypracować dystans między sobą a każdym z zawodników. Jak było w pana przypadku?
- Czuję satysfakcję, że już wcześniej udało mi się zbudować takie relacje z piłkarzami, w tym z tymi starszymi, że ten dystans istniał. Oczywiście, pierwszy trener jest dalej od szatni. Drugi jest swego rodzaju łącznikiem, ma na ogół częstszy i lepszy kontakt z piłkarzami. Więcej może od nich wyciągnąć. Kiedyś taka był moja rola. Pół roku temu przejął ją Grzesiek Mokry. Od tego czasu między mną a zawodnikami dystans istotnie się powiększył. Oni są profesjonalistami. Ja jestem kapitanem tego okrętu, i ci chłopcy to czują.

Wspomniał pan o zawodnikach starszych od pana...
- Role Piotra Rockiego czy Jana Belianczina w tej szatni są takie, by dawać przykład. Z oboma tymi zawodnikami mam świetne relacje. Oni wiedzą, czego od nich wymagam. Tak, jeśli chodzi stricte o aspekt sportowy, jak i ten drugi - dotyczący szatni. Ten układ między nami jest bardzo mnie pozytywny.



To jakim trenerem jest Artur Skowronek, gdy zamykają się drzwi szatni? Ostoją spokoju czy wręcz przeciwnie – kipiącym wulkanem energii?
- Odpowiem inaczej. Moja rola jest taka, by działać szybko i skutecznie. Nie da się określić, jaki jestem, bo to wymuszają konkretne sytuacje. Boiskowe,  jak i te poza meczowe...

Dobry trener jest świetnym motywatorem. Niektórzy szkoleniowcy pochłaniają grube tomy książek na ten temat, inni uczęszczają na specjalne kursy. A jak jest z panem?
- Cały czas się kształcę, szukam nowinek. Ale jeśli chodzi o bycie motywatorem, tego się nie da nauczyć. To bardzo intuicyjne zagadnienie. Albo „to” się ma, albo się tego nie posiada. Trzeba wiedzieć i wyczuć, jak w danej sytuacji się zachować. Czy zarządzić odprawę i pogadać na forum całej drużyny, czy wręcz przeciwnie - porozmawiać z danym zawodnikiem indywidualnie. Jeden gracz potrzebuje spokojnej, wyważonej rozmowy, a drugi musi usłyszeć znacznie mocniejsze słowa. Pomimo tego, że nie grałem na wysokim szczeblu, trochę tej szatni powąchałem. Inna sprawa, że nie grałem na jakimś wysokim szczeblu, na wielkich stadionach.

No właśnie! Jose Mari Bakero nikomu się przedstawiać w Polsce nie musiał, chociaż sukcesów jako trener nie odniósł. Pan dla przeciętnego kibica, a zapewne też piłkarza, był jeszcze kilka miesięcy temu człowiekiem zupełnie anonimowym...
Dokładnie tak to wyglądało. Człowiek z twarzą, nazwiskiem ma ciut łatwiej, jeśli nie... o wiele łatwiej. Ja tego nazwiska nie mam. Zdaję sobie z tego doskonale sprawę. Staram się to nadrabiać wiedzą i swoim skromnym doświadczeniem. Poza tym, zachęcam po prostu do roboty. I najwyraźniej umiemy to robić z moim asystentem, bo chyba dotąd dobrze „się sprzedaliśmy”.

Pytanie, czy z podobnego założenia wyjdzie PZPN? Na razie nie wiadomo, czy poprowadzi pan Ruch w nowym sezonie, bo nie ma pan licencji UEFA Pro, a warunkowa licencja dotyczyła tylko rundy wiosennej...
- Na szczęście już kiedyś ustalono, że asystent może automatycznie przejąć drużynę po pierwszym szkoleniowcu. Mnie pomógł fakt, że pracowałem przez tyle lat razem z Rafałem Górakiem. Otrzymałem warunkową licencję. By jednak mieć pełne prawo do prowadzenia zespołu, potrzebna jest licencja UEFA Pro. A najpierw to trzeba się dostać na kurs. Zobaczymy, czy dostanę taką szansę, choć nie spełniam wszystkich wymogów. Tylko przez pół roku pracowałem na zapleczu ekstraklasy. Mój wniosek z potrzebnymi dokumentami leży już na odpowiednim stole w Warszawie. Pozostało mi czekać na decyzję. Moja osoba będzie odniesieniem, czy piłkarska centrala jest przychylna młodym trenerom.

By dostać licencję UEFA Pro trzeba najpierw zrobić zagraniczny staż. A więc?
- Chciałbym już coś zaplanować. Z chęcią się udam w taką podróż.

O jakim kierunku pan myśli?
- Trener musi szukać różnych wizji. Niemcy, Holandia, Czechy – to najbliższe kierunki i tutaj będę szukał jakichś opcji.

Rozmawiał Krzysztof Kubicki
autor: Krzysztof Kubicki

Przeczytaj również