Seweryn Kiełpin - tak się nazywa bohater Radzionkowa (wywiad)
Po meczu z Piastem wasi kibice zgotowali ci niezłe podziękowania!
- Kibice mnie lubią, więc skandowali moje imię i nazwisko. Dziękuję im za to, ale na ukłony i oklaski zasłużyła cała drużyna. Wszyscy dali dzisiaj z siebie 200, a może nawet 300 procent. Zresztą, kibice również zasłużyli na szacunek, bo stawili się tutaj dużą grupą i to nam pomogło. Widać było, że "dodali nam skrzydeł".
Ale fani dziękowali ci nie bez powodu - byłeś bohaterem tego meczu.
- Przypominam, że to nie ja strzeliłem bramkę! Na ten wynik pracowała cała drużyna i bronił również cały zespół. A ja? Parę razy udało mi się zatrzymać piłkę.
Bez przesadnej skromności. Twoje niektóre interwencje były wyjątkowe!
- Dobrze wszedłem w mecz i kolejne interwencje były już "na fali" tej pierwszej - strzału obronionego "na instynkt". A gola nie puściłem, bo udało mi się do końca utrzymać koncentrację. Sporo działo się pod moją bramką, więc "czułem" piłkę (śmiech).
No właśnie, ta pierwsza interwencja. Miałeś czas, by pomyśleć, gdy uderzył Jurado?
- Kiedy bramkarz coś takiego „wyciąga” to później już broni mu się dobrze. Poza tym, myślę, że grało mi się tak dobrze, bo byłem „u siebie”. Mieszkam niedaleko, więc można powiedzieć, że ściany tego miasta mi pomagały.
Co - oprócz twoich interwencji - zadecydowało, że dziś sięgnęliście po pełną pulę?
- Zespół był dobrze zmotywowany. Nikt na nas nie stawiał, ale my wierzyliśmy, że możemy tu wygrać. Poza tym - byliśmy dobrze ustawieni. Trener nas przestrzegał, żebyśmy nie cofali się za bardzo do tyłu, bo Piast jest silny w ataku i gdy to zrobimy, to w końcu strzeli nam bramkę. Dlatego weszliśmy w ten mecz odważnie i to było widać. Graliśmy dobrze i stwarzaliśmy sobie klarowne sytuacje - mówię o tych „sam na sam” - ale dobrze bronił Kuba Szmatuła. Piast dużo mu po tym meczu zawdzięcza.
Mocno denerwowałeś się po tych sytuacjach, które obronił Szmatuła?
- Bardzo się denerwowałem! Nie ukrywam, że druga bramka dałaby nam więcej spokoju w grze i pewnie oszczędziła tej nerwówki na koniec meczu. Ważne jednak, że wpadła jedna i ona wystarczyła! Dzięki temu sprawiliśmy niespodziankę, bo udało nam się wygrać z liderem, na niezdobytym dotąd terenie.
Zdobywając trzy punkty w tym spotkaniu zapewniliście sobie pewną przewagę nad strefą spadkową…
- Nie możemy tak mówić. Od tej niebezpiecznej strefy wciąż dzieli nas stosunkowo niewiele punktów. Inna sprawa, że zdobycz z Gliwic zapewniła nam trochę spokoju i dała oddech.
Piast to już kolejny w tym sezonie faworyt, któremu zabieracie punkty. Można mówić o tym, że jesteście swego rodzaju specjalistami w tym fachu?
- Chyba mogę powiedzieć: „niestety”. Z pokonywaniem tych teoretycznie słabszych rywali nie idzie nam już tak dobrze, zdarza nam się tracić punkty. Na szczęście odrabiamy w takich meczach jak ten z Piastem, gdy niewielu na nas stawia.
Można powiedzieć, że czeka was fajny weekend majowy?
- Zdecydowanie tak! Przypominam weekend przed świętami Wielkiej Nocy, gdy przegraliśmy z Arką i nie było zbyt wesoło. Teraz trochę to sobie odbiliśmy.
Tak z przymrużeniem oka - brat, który pracował niedawno w Piaście - podpowiedział jak pokonać gliwiczan?
- Nie, nie podpowiedział (śmiech). Brat jest teraz w Anglii i nie miał takiej możliwości. Wysłał mi tylko sms-a, w którym życzył powodzenia. Poza tym sporo się w Piaście zmieniło od czasu, kiedy brat tutaj pracował.
Wysłuchał Maciej Smolewski.