Radzionków - Zawisza 1-3. Gdzie się podział "tamten" Ruch?

06.09.2009
- Jako piłkarz i trener Pogoni Szczecin nie pamiętam, abym kiedykolwiek wygrał w Radzionkowie - Mariusz Kuras, opiekun bydgoszczan, nie krył zadowolenia, że wreszcie ta sztuka mu się udała.
- Po takim ciosie ciężko się dalej gra - mówił o straconym golu bramkarz Ruchu, Seweryn Kiełpin. Nie można się z nim nie zgodzić, bo goście objęli prowadzenie nie tyle szybko, co w dziwnych okolicznościach. Kiedy piłka spokojnie wędrowała właśnie do rąk byłego golkipera Polonii Bytom, ustawionego idealnie na linii pola karnego, momentalnie pojawił się przy nim Lilo. I... - Seweryn nie może mieć do mnie pretensji. Po prostu go uprzedziłem - przedstawił swoją wersję Brazylijczyk. - Kopnął mnie wyprostowaną nogą w rękę w momencie, gdy już łapałem piłkę - zarzekał się Kiełpin, zapewniając, że błąd w tej sytuacji popełnił sędzia.

- Coś niemożliwego. Tyle pecha w jednym spotkaniu - kontynuował 22-letni bramkarz. Przy dwóch pozostałych bramkach rzeczywiście miał niewiele do powiedzenia. Jeszcze w pierwszej połowie Maziarz uderzył głową, tyle że piłka prawdopodobnie nie zatrzepotałaby w siatce, gdyby nie... Trzcionka. Obrońca Ruchu ramieniem wbił ją do własnej "świątyni". Przez przypadek. Ale przypadkiem nie było już to, że gospodarze nie doprowadzili chociażby do remisu. - Bez dwóch zdań, Zawisza był lepszym zespołem - skwitował trener radzionkowian, Rafał Górak.

Tej opinii nie zmieniła nawet druga połowa. Wówczas Ruch dominował, zdobywając przy tym kontaktowego gola. Choć... trafienie Gierczaka nie powinno zostać uznane, ze względu na pozycję spaloną. Do wyrównania mógł doprowadzić Wiśniewski, któremu zabrakło centymetrów przy uderzeniu głową. W niemal identycznej sytuacji, tyle że po drugiej stronie boiska, nie pomylił się za to Midzierski. To była jedna z nielicznych akcji gości w drugiej części. Obrońca trafił pięknie, w okienko. I wtedy już stało się jasne, że Ruch po raz pierwszy w tym sezonie straci trzy punkty.

- Czujemy, że to nie jesteśmy my. Po siedmiu tygodniach gry i jedenastu spotkaniach przyszedł kryzys - wyjaśniał słabszą dyspozycję szkoleniowiec "Cidrów". - Przegraliśmy walkę, ale nie bitwę - dopowiedział. - A właśnie od takich małych pojedynków, między faworytami stawki, zależeć będzie awans - stwierdził szczęśliwy szkoleniowiec Zawiszy.
autor: Stanisław Hajda

Przeczytaj również