Mateusz Mak: "Cidry" są drużyną mocnych psychicznie chłopaków

19.09.2011
Radzionkowianie błyskawicznie otrząsnęli się po blamażu w Szczecinie, pewnie ogrywając u siebie Wartę Poznań. Jednym z bohaterów "Cidrów" był Mateusz Mak, autor pieczętującego zwycięstwo trafienia.
Bardzo szybko podnieśliście się po środowym laniu w Szczecinie...
- Czas płynie nieubłaganie. Życie piłkarza jeszcze szybciej.  O kompromitującym, aczkolwiek nie do końca zasłużonym, blamażu w Zachodniopomorskiem pamiętają już chyba tylko dziennikarze i kibice. My, przystępując do kolejnego arcytrudnego spotkania, z nie ukrywającym ekstraklasowych ambicji przeciwnikiem, musieliśmy raz na zawsze wymazać „Portówców” z naszych głów. Udało się. Ogrywając Wartę, udowodniliśmy, że, mimo wyjątkowo niskiej - jak na I-ligowe realia - średniej wieku, „Cidry” są drużyną mocnych psychicznie chłopaków, których nie jest w stanie „złamać” nawet najbardziej dotkliwa porażka. Po ostatniej kolejce wielu było takich, którzy mówili, iż zespołowi, przegrywającemu ligowe spotkanie aż 1-5, w żadnym wypadku nie należy się miejsce w górnej części tabeli. Zasłużona wiktoria nad poznaniakami z pewnością dała tym niedowiarkom duży materiał do analizy...

Aby walczyć o najwyższe laury, co kolejkę trzeba rozegrać dwie dobre połówki. O ile w drugiej odsłonie potyczki z „Zielonymi” pokazaliście szybki, odważny futbol „na tak”, o tyle pierwsze 45 minut było w waszym wykonaniu wyjątkowo bezbarwne.

- Zgadzam się. Szczerze, to nie mam pojęcia dlaczego w tych pierwszych trzech kwadransach zaprezentowaliśmy się tak niemrawo, leniwie, jakbyśmy w dalszym ciągu rozpamiętywali porażkę w Szczecinie. Przed zejściem na przerwę w naszej grze było zbyt dużo przestojów, które w przyszłości nie mogą nam się już przytrafić. A już zwłaszcza w najbliższą środę kiedy na 1/16 finału Pucharu Polski do Radzionkowa zawita warszawska Polonia.

Rozmiar niedzielnego zwycięstwa jest w pełni zadowalający?
- Przed pierwszym gwizdkiem te 2-0 wzięlibyśmy w ciemno. Po zakończeniu spotkania pozostał niedosyt. Mieliśmy mnóstwo świetnych okazji, by odprawić Wartę z jeszcze większym bagażem bramek. Sam powinienem był strzelić więcej niż jednego gola. W kilku sytuacjach zabrakło jednak  szczęścia, ale przede wszystkim zimnej krwi. No ale... ktoś kiedyś mądrze powiedział, że jak się nie ma tego co się lubi, to się lubi co się ma. Wygraliśmy, podskoczyliśmy nieco w tabeli i – rzecz najistotniejsza – podtrzymaliśmy fantastyczną passę meczów u siebie. Jeszcze nikomu w tym sezonie nie udała się sztuka zdobycia „twierdzy” przy Narutowicza i oby ten stan trwał jak najdłużej!

Kilkadziesiąt sekund przed trafieniem Bartosza Kopacza, o mały włos nie strzeliłby pan gola po dośrodkowaniu swojego brata. Często ćwiczycie z Michałem takie wrzutki?
- Zdarza się (śmiech). Cóż... jesteśmy bliźniakami, a te jak wiadomo lubią trzymać się razem. Znamy się przecież tyle lat (śmiech). A mówiąc zupełnie poważnie, grzechem byłoby niewykorzystanie tej naszej "chemii" dla dobra zespołu.  W trakcie każdego ze spotkań staramy się z Michałem stwarzać jak najwięcej zagrożenia pod polem karnym przeciwnika. Cieszy, że ta nasza współpraca przekłada się na bramki i asysty, które dają drużynie wymierną korzyść.

W ostatnich sekundach spotkania zdecydował się pan na indywidualny rajd, zwieńczony fantastycznym golem. Skoro strzela pan tak dobrze z dystansu, to w zespole „Cidrów” narodził się nowy specjalista od rzutów wolnych?

- Przecudnej urody trafienie niesamowicie cieszy jednak na chwilę obecną pierwszeństwo w wykonywaniu stałych fragmentów gry w okolicach pola karnego przeciwnika ma Adam Giesa. Tak ustalił trener, a ja w jego kompetencje nie zamierzam się wtrącać.
autor: Tomasz Majka

Przeczytaj również