Gilewicz: Jak to słyszę, to myślę, że Maków ktoś wkręca

25.08.2011
- Każdemu, przed kim pojawi się szansa wyjazdu do Niemiec, radzę, żeby z niej skorzystał. Kiedy jednak słyszę, że bracia Makowie mają tam od razu grać to myślę, że ktoś ich wkręca - mówi Radosław Gilewicz.
Były reprezentant Polski przez lata grał m.in. w VfB Stuttgart i w klubach austriackich. Zna więc tamtejsze realia, dlatego ma swoje zdanie na temat ostatniego zamieszania z braćmi Makami z Ruchu Radzionków. - O sukcesie można byłoby mówić już wtedy, gdyby mogli trenować z pierwszym zespołem. W Bundeslidze potrzebują tylko zawodników, którzy z miejsca będą wzmocnieniami, a nie takich, którzy mogą się nimi stać w perspektywie dwóch-trzech lat. Żeby Polski piłkarz został tam zauważony, potrzebuje zaistnieć w polskiej ekstraklasie, a oni grają tylko na jej zapleczu - mówi Gilewicz.

Skąd więc Makowie wzięli się na testach w Hercie Berlin i TSG Hoffenheim? - Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja w żadnym wypadku nie twierdzę, że oni są słabi, nie chcę im ujmować klasy. Wiem jednak, jak to funkcjonuje. Jeśli Niemcom ktoś wpadnie w oko, to oglądają go w kilkunastu meczach, a potem podpisują kontrakt. Testy to tylko kwestia sprawdzenia, nic ich to nie kosztuje. Wygląda też na to, że Makowie mają menedżera z niezłymi kontaktami. A nie bez znaczenia może też być przypadek braci Benderów, którzy z powodzeniem grają w Borussii Dortmund i Bayerze Leverkusen - analizuje.

Niezależnie od tego, Gilewicz radzi Makom, by - jeśli będzie taka możliwość - skorzystali z szansy. - Już rok samych treningów sprawia, że polski zawodnik robi ogromny postęp. Bo tam 17-latkowie prezentują poziom wyższy niż nasi 19-latkowie. Myślę, że gdyby rezerwy np. Stuttgartu zagrały w polskiej I lidze to wywalczyłyby mistrzostwo. Różnica w tempie gry czy przygotowaniu fizycznym jest przygniatająca... - kończy Radosław Gilewicz.
źródło: Sport

Przeczytaj również