Dawali radę dopóki "akumulatory" pracowały na wysokich obrotach
22.09.2011
Irytowały zwłaszcza niecelne strzały głową Piotra Giela, który mógł stać się bohaterem miejscowej publiczności. Po ostatnim gwizdku Pawła Pskita postawę wychowanka "Cidrów" uznaliśmy jednak największym rozczarowaniem.
- Daleki byłbym od robienia z Piotrka kozła ofiarnego. Fakt, przynajmniej jedną ze stworzonych sytuacji powinien wykorzystać. Inna sprawa, że wyraźnie brakowało mu w nich szczęścia. Przecież futbolówka po jego uderzeniach nie szybowała ileś tam metrów nad poprzeczką czy obok słupka, ale mijała bramkę gości zaledwie o kilkanaście bądź kilkadziesiąt centymetrów! - broni kolegę Michał Nalepa, który również mógł stanąć przed szansą wpisania się na listę strzelców. - Była taka akcja w pierwszej połowie, w której Piotrek znalazł się na pozycji spalonej. Czaiłem się wówczas jakieś pół metra za nim. Mam przeczucie, że gdyby zostawił mi tę piłkę, to dałbym naszym kibicom powody do radości. Ale cóż... Było minęło.
18-letni Nalepa przyznał, iż na tle radzionkowian, czwarty zespół ekstraklasy prezentował się o niebo lepiej pod względem przygotowania fizycznego. - Dopóki "nasze akumulatory" pracowały na najwyższych obrotach, dopóty dotrzymywaliśmy kroku "Czarnym Koszulom". W pierwszych 45 minutach walczyliśmy z nimi, jak równy z równym. Niestety po zmianie stron zaczęło uchodzić z nas powietrze. Im dalej w „las”, czyli im bliżej końca meczu, tym więcej traciliśmy sił. Poza tym po każdej kolejnej straconej bramce, coraz bardziej „siadaliśmy” mentalnie. Tak doświadczony zespół jak Polonia nie wybacza przeciwnikowi chwil słabości.
Mateusza Mikę dwukrotnie do kapitulacji zmusił Edgar Cani. Gra Albańczyka nie zrobiła jednak na Nalepie większego wrażenia. - Owszem, zdobył dwa gole, co nie zmienia faktu, że mnie osobiście nie olśnił. Nie zagrał takiego meczu, po którym mógłbym powiedzieć, że czeka go świetlana przyszłość, a wielki futbol na pewno się u niego upomni - twierdzi obrońca Ruchu.
- Lubię grać przeciwko zawodnikom o takiej charakterystyce jak Cani. Wysokich, silnych i twardo stojących na nogach graczy zdecydowanie łatwiej się „kasuje”. Gorzej, gdy obrońcy przychodzi zaopiekować się piłkarzami stworzonymi do gry z kontry, a więc niższymi, bardziej zwrotnymi, których głównymi atutami są duża szybkość i zdolność do błyskawicznego przemieszczania się po boisku. Do tego ostatniego modelu jak ulał pasuje osoba Miłosza Przybeckiego, z którym miałem okazję potrenować kilka razy, jeszcze przed jego odejściem do Warszawy. Co z tego, że udało nam się go wczoraj "przykryć czapką", skoro inni znaleźli drogę do naszej sieci? - dodaje.
- Daleki byłbym od robienia z Piotrka kozła ofiarnego. Fakt, przynajmniej jedną ze stworzonych sytuacji powinien wykorzystać. Inna sprawa, że wyraźnie brakowało mu w nich szczęścia. Przecież futbolówka po jego uderzeniach nie szybowała ileś tam metrów nad poprzeczką czy obok słupka, ale mijała bramkę gości zaledwie o kilkanaście bądź kilkadziesiąt centymetrów! - broni kolegę Michał Nalepa, który również mógł stanąć przed szansą wpisania się na listę strzelców. - Była taka akcja w pierwszej połowie, w której Piotrek znalazł się na pozycji spalonej. Czaiłem się wówczas jakieś pół metra za nim. Mam przeczucie, że gdyby zostawił mi tę piłkę, to dałbym naszym kibicom powody do radości. Ale cóż... Było minęło.
18-letni Nalepa przyznał, iż na tle radzionkowian, czwarty zespół ekstraklasy prezentował się o niebo lepiej pod względem przygotowania fizycznego. - Dopóki "nasze akumulatory" pracowały na najwyższych obrotach, dopóty dotrzymywaliśmy kroku "Czarnym Koszulom". W pierwszych 45 minutach walczyliśmy z nimi, jak równy z równym. Niestety po zmianie stron zaczęło uchodzić z nas powietrze. Im dalej w „las”, czyli im bliżej końca meczu, tym więcej traciliśmy sił. Poza tym po każdej kolejnej straconej bramce, coraz bardziej „siadaliśmy” mentalnie. Tak doświadczony zespół jak Polonia nie wybacza przeciwnikowi chwil słabości.
Mateusza Mikę dwukrotnie do kapitulacji zmusił Edgar Cani. Gra Albańczyka nie zrobiła jednak na Nalepie większego wrażenia. - Owszem, zdobył dwa gole, co nie zmienia faktu, że mnie osobiście nie olśnił. Nie zagrał takiego meczu, po którym mógłbym powiedzieć, że czeka go świetlana przyszłość, a wielki futbol na pewno się u niego upomni - twierdzi obrońca Ruchu.
- Lubię grać przeciwko zawodnikom o takiej charakterystyce jak Cani. Wysokich, silnych i twardo stojących na nogach graczy zdecydowanie łatwiej się „kasuje”. Gorzej, gdy obrońcy przychodzi zaopiekować się piłkarzami stworzonymi do gry z kontry, a więc niższymi, bardziej zwrotnymi, których głównymi atutami są duża szybkość i zdolność do błyskawicznego przemieszczania się po boisku. Do tego ostatniego modelu jak ulał pasuje osoba Miłosza Przybeckiego, z którym miałem okazję potrenować kilka razy, jeszcze przed jego odejściem do Warszawy. Co z tego, że udało nam się go wczoraj "przykryć czapką", skoro inni znaleźli drogę do naszej sieci? - dodaje.
Polecane
I liga
Przeczytaj również
20.10.2015
20.10.2015
Nowy zawodnik MKS-u. Miał grać w NBA!
16.10.2015
16.10.2015
Magia pomoże dąbrowskim koszykarzom?