"Cidry" straciły gola jak Mainz z Bayernem. "Ręce opadły"
28.09.2010
Napastnik "Cidrów" w sobotę strzelił pięknego gola, popisując się uderzeniem zza pola karnego. Tyle że wtedy było już "pozamiatane"... - Nie przypominam sobie takiego spotkania. Dawno mi się taki mecz nie przytrafił. Przeciwnik dominował nad nami w każdym elemencie: był szybszy, silniejszy, lepiej operował piłką. ŁKS nas zdominował. Dopiero pod koniec, gdy się rozluźnił, podjęliśmy walkę - Suker przyznaje, że dwie bramki zdobyte przez Ruch w końcówce spotkania to raczej efekt słabości gospodarzy, aniżeli siła jego zespołu.
Bo w Łodzi radzionkowianie zagrali najsłabiej w sezonie. Symbolem tej niemocy była kuriozalna, samobójcza bramka Marcina Kowalskiego. Obrońca żółto-czarnych nie zrozumiał się z Sewerynem Kiełpinem. Chciał podać mu piłkę głową, tyle że golkipera Ruchu... nie było w bramce. - Krzyknąłem Marcinowi, że wychodzę do tego dośrodkowania, ale widocznie nie usłyszał - tłumaczył potem Kiełpin.
Całość wyglądała komicznie, bo Kowalski oddał strzał zza pola karnego, efektownie lobując własnego bramkarza. - Ręce w tym momencie opadły. Ale pretensji do Marcina żadnych nie mam. Ta bramka nie zadecydowała o losach meczu. Zresztą, takie sytuacje się zdarzają. Ostatnio niemal identyczny samobój padł w lidze niemieckiej, w meczu Bayern - Mainz - wskazuje Suker.
Gorzej, że to nie był jedyny błąd Kowalskiego. Będący do tej pory pewnym punktem w defensywie Ruchu obrońca źle zachował się też przy innych trafieniach ŁKS-u. - Po takim meczu to powala na kolana. Najważniejsze to się podnieść i być w następnym spotkaniu w dobrej dyspozycji. Mówi się, że jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz. Ale trzeba pamiętać, że Marcin był dotychczas mocnym punktem drużyny, odcinał rywali od ataków po jego stronie - podkreśla Suker, będąc dobrej myśli przed następnymi pojedynkami.
- To nie jest tak, że między nami a czołówką ligi jest przepaść. ŁKS to bardzo dobry zespół, ale też trafił na nasz słabszy dzień. Zagraliśmy słabo i przez to różnica wydawała się wielka.
Bo w Łodzi radzionkowianie zagrali najsłabiej w sezonie. Symbolem tej niemocy była kuriozalna, samobójcza bramka Marcina Kowalskiego. Obrońca żółto-czarnych nie zrozumiał się z Sewerynem Kiełpinem. Chciał podać mu piłkę głową, tyle że golkipera Ruchu... nie było w bramce. - Krzyknąłem Marcinowi, że wychodzę do tego dośrodkowania, ale widocznie nie usłyszał - tłumaczył potem Kiełpin.
Całość wyglądała komicznie, bo Kowalski oddał strzał zza pola karnego, efektownie lobując własnego bramkarza. - Ręce w tym momencie opadły. Ale pretensji do Marcina żadnych nie mam. Ta bramka nie zadecydowała o losach meczu. Zresztą, takie sytuacje się zdarzają. Ostatnio niemal identyczny samobój padł w lidze niemieckiej, w meczu Bayern - Mainz - wskazuje Suker.
Gorzej, że to nie był jedyny błąd Kowalskiego. Będący do tej pory pewnym punktem w defensywie Ruchu obrońca źle zachował się też przy innych trafieniach ŁKS-u. - Po takim meczu to powala na kolana. Najważniejsze to się podnieść i być w następnym spotkaniu w dobrej dyspozycji. Mówi się, że jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz. Ale trzeba pamiętać, że Marcin był dotychczas mocnym punktem drużyny, odcinał rywali od ataków po jego stronie - podkreśla Suker, będąc dobrej myśli przed następnymi pojedynkami.
- To nie jest tak, że między nami a czołówką ligi jest przepaść. ŁKS to bardzo dobry zespół, ale też trafił na nasz słabszy dzień. Zagraliśmy słabo i przez to różnica wydawała się wielka.
Polecane
I liga
Przeczytaj również
20.10.2015
20.10.2015
Nowy zawodnik MKS-u. Miał grać w NBA!
16.10.2015
16.10.2015
Magia pomoże dąbrowskim koszykarzom?