AZS AWF Katowice - ŁKS 74-85. Rzuty osobiste zmorą gospodarzy

21.10.2009
- Nie trafiliśmy 15 rzutów wolnych! Nie wiem czym to jest spowodowane, na treningach wpada wszystko - rozkładał ręce Mirosław Stawowski, trener AZS-u AWF-u, po porażce z ŁKS-em.
Pierwsze minuty to głównie pojedynek Piotrkowski kontra Kalinowski. Szybciej jednak do poziomu kolegi dostosowali się pozostali łodzianie i to ŁKS zaczął stopniowo powiększać przewagę. Dobra gra pod koszem Dłuskiego i Pisarczyka spowodowała, że przyjezdni już po pierwszej kwarcie prowadzili różnicą dziewięciu punktów. - Wyglądało to tak, że poza Piotrkowskim pozostali zawodnicy uciekali od prób zdobywania koszy - irytował się Mirosław Stawowski, trener AZS-u AWF-u.

W kolejnej odsłonie nastąpił jednak zryw gospodarzy. "Trójki" Milewskiego i Marcelego Dziemby, a także kontra w wykonaniu Piotrkowskiego, pozwoliły na zniwelowanie strat do zaledwie jednego "oczka". Po chwili jednak znów goście wyszli na prowadzenie. Wszystko za sprawą Szczepaniaka, który po dwóch przechwytach zdobył w krótkim odstępie czasu cztery punkty. Sytuację próbował ratować Gembus, który przymierzył zza linii 6,25 m.

Chwilę później humor gospodarzom ponownie popsuł Szczepaniak. Rzucający obrońca łodzian trafił w samej końcówce dwa razy za trzy. Ta ostatnia próba miała jednak miejsce w ostatniej sekundzie drugiej kwarty i do tego... z połowy boiska!

Po przerwie wcale nie było lepiej. Katowiczanie zupełnie nie radzili sobie "na desce". - Udało nam się zebrać sporo piłek w ataku i dzięki temu mieliśmy sporo okazji, by ponowić akcje - podkreślał Jakub Dłuski, skrzydłowy ŁKS-u. To jednak nie był jedyny mankament "Akademików". - Nie trafiliśmy aż 15 rzutów wolnych! Nie wiem czym to jest spowodowane, na treningach wpada wszystko - martwił się Stawowski. Skutkiem czego, łodzianie nie mieli problemów, by dowieźć zwycięstwo do końca.

- Kompletnie nie wyszły nam dziś nie tylko rzuty wolne, ale i gra w obronie - rozkładał ręce Tomasz Gembus, gracz miejscowych. Musimy wprowadzić więcej spokoju, szczególnie jeśli chodzi o atak pozycyjny - zauważył. - Szkoda, bo przeciwnik był w naszym zasięgu...

Goście po ostatniej syrenie zdawali sobie sprawę, że mieli tego dnia sporo szczęścia. - Jedyny pozytyw, to komplet punktów. Zagraliśmy słabe zawody i tylko dzięki... jeszcze słabszej dyspozycji rywala, zeszliśmy z parkietu jako zwycięzcy - podsumował Dłuski.
autor: Krzysztof Dębowski, Tomasz Mucha, Mariusz Polak

Przeczytaj również