- Człowiek jest ambitny, chce osiągać coś więcej, a możliwości tego klubu są ograniczone. Tak więc od teraz będziemy walczyć osobno, po swoich stronach - mówi w rozmowie z naszym portalem były już trener Rozwoju.
"Udało mi się podnieść zespół. Oddaję go z czystym sumieniem" (WYWIAD)
28.05.2013
Rozwój Katowice poinformował, że nie będzie już pan prowadził pierwszej drużyny. Jakie są powody zakończenia współpracy? Przecież w piątek drużyna wygrała z Rakowem i przerwała passę sześciu meczów bez zwycięstwa.
Mirosław Smyła, były szkoleniowiec Rozwoju Katowice: - Przychodziłem do Rozwoju w momencie, w którym klub miał marzenie, aby awansować do II ligi. Przyszedłem przed trzema laty, w drugiej albo trzeciej kolejce i powolutku budowałem ten zespół. W drugim sezonie pracy udało nam się "zrobić" awans. Przyszła II liga... Wystartowaliśmy z delikatnie wzmocnionym zespołem, po drodze odeszli Arkadiusz Milik i Konrad Nowak, ale wyglądało to dobrze. Początek tej rundy wiosennej wyglądał bardzo dobrze, było ciekawie. Ale potem wyniki były gorsze i przyszło sześć meczów bez zwycięstwa. Trzeba było się zastanowić, czy to już koniec, czy chwilowa zadyszka i co trzeba zrobić. Przyszedł wygrany mecz z Rakowem, uspakajający i dający pewne utrzymanie.
Nastąpił moment refleksji, analizy. Po spotkaniu z ludźmi odpowiedzialnymi za losy tego klubu zdecydowaliśmy, że zakończymy współpracę. Wspólnie wymyśliliśmy, że może nowy trener da bodziec, który pozwoli tych chłopaków rozwijać. Powiem też panu, że człowiek jest ambitny, chce osiągać coś więcej, a możliwości tego klubu są ograniczone. Tak więc od teraz będziemy walczyć osobno, po swoich stronach.
Zastanawia rozstanie na trzy kolejki przed końcem rozgrywek. Rozwój nie mógł dokończyć sezonu z panem na ławce?
- Z perspektywy nowego trenera jest to dobra decyzja. Zespół ma utrzymanie i nie ma znaczenia kto poprowadzi drużynę w tych ostatnich meczach. Tak samo jak to, czy Rozwój skończy na ósmym, dziewiątym, albo dwunastym miejscu. Matematycznie utrzymaliśmy się po wygranej nad Rakowem, choć można było już wcześniej powiedzieć, że zespół zostanie w II lidze, bo wszystko na to wskazywało. Kolejny sezon startuje bardzo szybko i nowy trener miałby naprawdę mało czasu na poznanie zespołu. Dałem mu szansę, by poznał go szybciej. Dla dobra tej drużyny. Mogłem się unieść honorem i powiedzieć, że będę prowadził do końca, ale to byłoby błędne koło. Trzy lata pracy w jednym klubie to w Polsce już duże osiągnięcie.
Jak drużynie nie idzie, to często nie najlepiej wyglądają relacje trenera z zawodnikami. Pan, po przegranej z Zagłębiem, zastanawiał się, czy już wtedy nie powiedzieć "dość", ale gracze dali do zrozumienia, że wciąż chcą z panem współpracować. Tak było do końca?
- Nigdy w życiu, nie ma się czego doszukiwać. Próbowaliśmy ten zespół podnieść, szukaliśmy różnych rozwiązań i znaleźliśmy je. Podnieśliśmy drużynę, wygrywając mecz z Rakowem. Pożegnaliśmy się z zawodnikami, będę oczywiście obecny na sobotnim meczu z Ruchem Zdzieszowice. Będę kibicował drużynie, aby wygrała. Przyjedzie zespół, który walczy o utrzymanie, więc będzie walczył o punkty jak lew. Chcę pierwszy raz od trzech lat zobaczyć mecz Rozwoju z góry.
Pan budował ten zespół i zna go bardzo dobrze. Czy można na dłużej zadomowić się na tym poziomie? Wiadomo, jak to często bywa w beniaminkami, drugi sezon jest znacznie trudniejszy...
- Nie wiadomo, jacy zawodnicy będą grać w Rozwoju w przyszłym sezonie. Życie polega na tym, że trzeba iść do przodu. Tak, jak ja podjąłem jakąś decyzję, tak samo zawodnik ma prawo mieć swoje perspektywy, nadzieje i mierzyć wyżej, by podpisać kontrakt z bogatszym i lepszym klubem. Życzę im tego bardzo, bo jestem pewien, że któryś z tych chłopaków na pewno pójdzie wyżej. Także w tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć, o co Rozwój będzie mógł grać w kolejnym sezonie, bo nie wiem, kto będzie w kadrze.
Prawie trzy lata pracy to szmat czasu. Miał pan momenty triumfu, jak choćby awans do II ligi. A ile było momentów zwątpienia, po których chciał pan rzucić wszystkim i odejść?
- Powiem panu szczerze, że miałem trudny moment na starcie III ligi, zaraz po tym jak odszedłem z GKS-u Tychy. To był czas wielkich przeobrażeń w Tychach i mamy dziś tego pozytywne efekty, bo zespół dobrze prezentuje się w rozgrywkach I ligi. Ale wracając do tamtego czasu... Odszedłem na tydzień przed startem ligi i zacząłem pracować w Rozwoju, który był w rozsypce i musiałem poświęcił pół roku na pracę indywidualną z każdym z zawodników oraz przygotować plan działań w zimie, aby przygotować ten zespół do lepszej gry. A tymczasem Tychy, z których odszedłem, grały bardzo dobrze. Ten fakt powodował pewną frustrację, ale po kilku miesiącach pracy w Katowicach, przyszły efekty. Moment zastanowienia przyszedł niedawno, w sześciu meczach z rzędu było ciężko o punkt, o bramkę, a nawet o dobrą akcję! Ale podjąłem wyzwanie i w tydzień pracy przed meczem z Rakowem udało mi się podnieść ten zespół. Drużyna rozegrała dobre zawody i z czystym sumieniem oddaję to komuś innemu, bo mógł to pociągnąć dalej.
Nikt z Tychów się do pana nie odzywał? Wiadomo, że GKS rozgrywa dobry sezon, ale nie wiadomo, czy trener Piotr Mandrysz będzie kontynuował pracę. Pan by na pewno chętnie wrócił.
- Nikt do mnie nie dzwonił, a telefon mam cały czas włączony. Jak pan coś wie, to niech mi pan powie, to dzwonie do tej osoby od razu (śmiech). Nie ukrywam tego, że z Tychami jestem bardzo emocjonalnie związany. To było takie moje pierwsze duże wyzwanie w miejskim klubie i udało się to poukładać. Bardzo się cieszyłem z późniejszego awansu tego zespołu do I ligi.
Rozmawiał Michał Knura
Mirosław Smyła, były szkoleniowiec Rozwoju Katowice: - Przychodziłem do Rozwoju w momencie, w którym klub miał marzenie, aby awansować do II ligi. Przyszedłem przed trzema laty, w drugiej albo trzeciej kolejce i powolutku budowałem ten zespół. W drugim sezonie pracy udało nam się "zrobić" awans. Przyszła II liga... Wystartowaliśmy z delikatnie wzmocnionym zespołem, po drodze odeszli Arkadiusz Milik i Konrad Nowak, ale wyglądało to dobrze. Początek tej rundy wiosennej wyglądał bardzo dobrze, było ciekawie. Ale potem wyniki były gorsze i przyszło sześć meczów bez zwycięstwa. Trzeba było się zastanowić, czy to już koniec, czy chwilowa zadyszka i co trzeba zrobić. Przyszedł wygrany mecz z Rakowem, uspakajający i dający pewne utrzymanie.
Nastąpił moment refleksji, analizy. Po spotkaniu z ludźmi odpowiedzialnymi za losy tego klubu zdecydowaliśmy, że zakończymy współpracę. Wspólnie wymyśliliśmy, że może nowy trener da bodziec, który pozwoli tych chłopaków rozwijać. Powiem też panu, że człowiek jest ambitny, chce osiągać coś więcej, a możliwości tego klubu są ograniczone. Tak więc od teraz będziemy walczyć osobno, po swoich stronach.
Zastanawia rozstanie na trzy kolejki przed końcem rozgrywek. Rozwój nie mógł dokończyć sezonu z panem na ławce?
- Z perspektywy nowego trenera jest to dobra decyzja. Zespół ma utrzymanie i nie ma znaczenia kto poprowadzi drużynę w tych ostatnich meczach. Tak samo jak to, czy Rozwój skończy na ósmym, dziewiątym, albo dwunastym miejscu. Matematycznie utrzymaliśmy się po wygranej nad Rakowem, choć można było już wcześniej powiedzieć, że zespół zostanie w II lidze, bo wszystko na to wskazywało. Kolejny sezon startuje bardzo szybko i nowy trener miałby naprawdę mało czasu na poznanie zespołu. Dałem mu szansę, by poznał go szybciej. Dla dobra tej drużyny. Mogłem się unieść honorem i powiedzieć, że będę prowadził do końca, ale to byłoby błędne koło. Trzy lata pracy w jednym klubie to w Polsce już duże osiągnięcie.
Jak drużynie nie idzie, to często nie najlepiej wyglądają relacje trenera z zawodnikami. Pan, po przegranej z Zagłębiem, zastanawiał się, czy już wtedy nie powiedzieć "dość", ale gracze dali do zrozumienia, że wciąż chcą z panem współpracować. Tak było do końca?
- Nigdy w życiu, nie ma się czego doszukiwać. Próbowaliśmy ten zespół podnieść, szukaliśmy różnych rozwiązań i znaleźliśmy je. Podnieśliśmy drużynę, wygrywając mecz z Rakowem. Pożegnaliśmy się z zawodnikami, będę oczywiście obecny na sobotnim meczu z Ruchem Zdzieszowice. Będę kibicował drużynie, aby wygrała. Przyjedzie zespół, który walczy o utrzymanie, więc będzie walczył o punkty jak lew. Chcę pierwszy raz od trzech lat zobaczyć mecz Rozwoju z góry.
Pan budował ten zespół i zna go bardzo dobrze. Czy można na dłużej zadomowić się na tym poziomie? Wiadomo, jak to często bywa w beniaminkami, drugi sezon jest znacznie trudniejszy...
- Nie wiadomo, jacy zawodnicy będą grać w Rozwoju w przyszłym sezonie. Życie polega na tym, że trzeba iść do przodu. Tak, jak ja podjąłem jakąś decyzję, tak samo zawodnik ma prawo mieć swoje perspektywy, nadzieje i mierzyć wyżej, by podpisać kontrakt z bogatszym i lepszym klubem. Życzę im tego bardzo, bo jestem pewien, że któryś z tych chłopaków na pewno pójdzie wyżej. Także w tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć, o co Rozwój będzie mógł grać w kolejnym sezonie, bo nie wiem, kto będzie w kadrze.
Prawie trzy lata pracy to szmat czasu. Miał pan momenty triumfu, jak choćby awans do II ligi. A ile było momentów zwątpienia, po których chciał pan rzucić wszystkim i odejść?
- Powiem panu szczerze, że miałem trudny moment na starcie III ligi, zaraz po tym jak odszedłem z GKS-u Tychy. To był czas wielkich przeobrażeń w Tychach i mamy dziś tego pozytywne efekty, bo zespół dobrze prezentuje się w rozgrywkach I ligi. Ale wracając do tamtego czasu... Odszedłem na tydzień przed startem ligi i zacząłem pracować w Rozwoju, który był w rozsypce i musiałem poświęcił pół roku na pracę indywidualną z każdym z zawodników oraz przygotować plan działań w zimie, aby przygotować ten zespół do lepszej gry. A tymczasem Tychy, z których odszedłem, grały bardzo dobrze. Ten fakt powodował pewną frustrację, ale po kilku miesiącach pracy w Katowicach, przyszły efekty. Moment zastanowienia przyszedł niedawno, w sześciu meczach z rzędu było ciężko o punkt, o bramkę, a nawet o dobrą akcję! Ale podjąłem wyzwanie i w tydzień pracy przed meczem z Rakowem udało mi się podnieść ten zespół. Drużyna rozegrała dobre zawody i z czystym sumieniem oddaję to komuś innemu, bo mógł to pociągnąć dalej.
Nikt z Tychów się do pana nie odzywał? Wiadomo, że GKS rozgrywa dobry sezon, ale nie wiadomo, czy trener Piotr Mandrysz będzie kontynuował pracę. Pan by na pewno chętnie wrócił.
- Nikt do mnie nie dzwonił, a telefon mam cały czas włączony. Jak pan coś wie, to niech mi pan powie, to dzwonie do tej osoby od razu (śmiech). Nie ukrywam tego, że z Tychami jestem bardzo emocjonalnie związany. To było takie moje pierwsze duże wyzwanie w miejskim klubie i udało się to poukładać. Bardzo się cieszyłem z późniejszego awansu tego zespołu do I ligi.
Rozmawiał Michał Knura
Polecane
II liga