Szkoleniowiec Rozwoju Katowice: W szatni było bardzo ostro
25.04.2013
- To było bardzo dobre widowisko. I to mimo trudnych warunków. Boisko było fatalne, gorsze niż u nas, ale dało się pograć piłką. Ona nam dzisiaj nie przeszkadzała. Strzeliliśmy piękną bramkę na 1-0 po bardzo ładnym prostopadłym podaniu Kamila Zalewskiego między dwóch zawodników. Wojtek Król wszedł w tempo, uderzył z ostrego kąta i prowadziliśmy - opowiadał Smyła na konferencji prasowej.
Katowiczanom brakowało jednak potwierdzenia przewagi i zdobycia kolejnego gola. - Kontrolowaliśmy przebieg wydarzeń. Funkcjonował wysoki pressing, odbiór piłki, kontrataki... Trzeba było tylko postawić kropkę nad „i”. Po bardzo ładnej akcji Wojtek Król dograł do Gielzy, lecz ni to na lewą, ni na prawą nogę i piłka przeszła obok bliższego słupka. Calisia nie była w stanie nam zagrozić, a w 46. minucie powrotna piłka z naszej prawej strony, dochodząca w światło bramki, przeszła wszystkich i zaskoczyła „Solina”. Gol z niczego! - irytował się.
W szatni jego zawodnicy też nie byli zresztą zadowoleni. - Było bardzo ostro. Chłopcy mieli do siebie wzajemnie pretensje, a i ja też denerwowałem się, że nie potrafiliśmy dowieźć do przerwy ciężko wypracowanego wyniku. My strzeliliśmy bramkę po bardzo ładnej akcji, a dostaliśmy prawie że „swojaka”, co było bolesne.
Po przerwie było już jednak lepiej. - Wiedziałem, że będzie walka i haratanie. Tadek Tyc dał dobrą zmianę. Walczył i nabiegał się jak pies. Robert Tkocz na prawej pomocy grał dużo lepiej niż w środku, był aktywny, nękał rywali dośrodkowaniami... W drugiej połowie graliśmy całkiem przyzwoite zawody. Budujący był sposób, w jaki operujemy piłką. Nie spodziewałem się, że może to wyglądać aż tak dobrze. W efekcie stworzyliśmy sobie trochę sytuacji - stwierdził.
Na nic by się to jednak zdało, gdyby nie cudowne trafienie Szymona Kapiasa. - Piękna bramka. Nawet miejscowi redaktorzy stwierdzili, że jedna z najładniejszych, jakie tu widzieli. Cieszymy się, bo dzięki niej wygraliśmy bardzo ciężki mecz. Od początku do końca było wiele walki. Uważam, że rozegraliśmy jedne z lepszych zawodów w tej rundzie. Zespół wybiegał mecz, nikt nie narzekał na brak sił. Do końca byliśmy czujni, bo mieliśmy doświadczenie z pierwszej połowy, że można stracić bramkę w każdej chwili. Nie pozwoliliśmy rywalowi na nic w końcowej fazie. Chłopcy utrzymywali się przy piłce i to mi się podobało. Uczciwie i sumiennie zapracowali na wygraną. Całkowicie zasłużoną - dodał.
Nie wszystko jest jednak tak różowe. - Z powodu kartek tracimy Sebastiana Gielzę i Łukasza Winiarczyka. Drugim problemem jest to, jak w tak krótkim czasie, mając w nogach tyle minut, przygotować się do sobotniego meczu. Może trzeba było pomyśleć wcześniej o niedzielnym terminie? Tego już jednak nie zmienimy. Chrobry też grał w środę, dlatego powalczymy w sobotę. Nikt się nie będzie poddawał. W każdym meczu walczymy o tę przyjemność, o te pięć minut radości po ostatnim gwizdku sędziego - zakończył Mirosław Smyła.
Katowiczanom brakowało jednak potwierdzenia przewagi i zdobycia kolejnego gola. - Kontrolowaliśmy przebieg wydarzeń. Funkcjonował wysoki pressing, odbiór piłki, kontrataki... Trzeba było tylko postawić kropkę nad „i”. Po bardzo ładnej akcji Wojtek Król dograł do Gielzy, lecz ni to na lewą, ni na prawą nogę i piłka przeszła obok bliższego słupka. Calisia nie była w stanie nam zagrozić, a w 46. minucie powrotna piłka z naszej prawej strony, dochodząca w światło bramki, przeszła wszystkich i zaskoczyła „Solina”. Gol z niczego! - irytował się.
W szatni jego zawodnicy też nie byli zresztą zadowoleni. - Było bardzo ostro. Chłopcy mieli do siebie wzajemnie pretensje, a i ja też denerwowałem się, że nie potrafiliśmy dowieźć do przerwy ciężko wypracowanego wyniku. My strzeliliśmy bramkę po bardzo ładnej akcji, a dostaliśmy prawie że „swojaka”, co było bolesne.
Po przerwie było już jednak lepiej. - Wiedziałem, że będzie walka i haratanie. Tadek Tyc dał dobrą zmianę. Walczył i nabiegał się jak pies. Robert Tkocz na prawej pomocy grał dużo lepiej niż w środku, był aktywny, nękał rywali dośrodkowaniami... W drugiej połowie graliśmy całkiem przyzwoite zawody. Budujący był sposób, w jaki operujemy piłką. Nie spodziewałem się, że może to wyglądać aż tak dobrze. W efekcie stworzyliśmy sobie trochę sytuacji - stwierdził.
Na nic by się to jednak zdało, gdyby nie cudowne trafienie Szymona Kapiasa. - Piękna bramka. Nawet miejscowi redaktorzy stwierdzili, że jedna z najładniejszych, jakie tu widzieli. Cieszymy się, bo dzięki niej wygraliśmy bardzo ciężki mecz. Od początku do końca było wiele walki. Uważam, że rozegraliśmy jedne z lepszych zawodów w tej rundzie. Zespół wybiegał mecz, nikt nie narzekał na brak sił. Do końca byliśmy czujni, bo mieliśmy doświadczenie z pierwszej połowy, że można stracić bramkę w każdej chwili. Nie pozwoliliśmy rywalowi na nic w końcowej fazie. Chłopcy utrzymywali się przy piłce i to mi się podobało. Uczciwie i sumiennie zapracowali na wygraną. Całkowicie zasłużoną - dodał.
Nie wszystko jest jednak tak różowe. - Z powodu kartek tracimy Sebastiana Gielzę i Łukasza Winiarczyka. Drugim problemem jest to, jak w tak krótkim czasie, mając w nogach tyle minut, przygotować się do sobotniego meczu. Może trzeba było pomyśleć wcześniej o niedzielnym terminie? Tego już jednak nie zmienimy. Chrobry też grał w środę, dlatego powalczymy w sobotę. Nikt się nie będzie poddawał. W każdym meczu walczymy o tę przyjemność, o te pięć minut radości po ostatnim gwizdku sędziego - zakończył Mirosław Smyła.
Polecane
II liga