Rozwój - Bogdanowice 2-1. "Było dobrze, póki nie pojawiła się głupota"
24.04.2010
Długimi momentami można było odnieść wrażenie, że oto spotkali się sąsiedzi w ligowej tabeli. A przecież przed pierwszym gwizdkiem sędziego Rozwój miał nad Startem aż 20 punktów przewagi! - To nasza wina, że goście, choć nie grali jakiegoś wielkiego meczu, wyglądali na naszym tle całkiem dobrze - bił się w pierś trener Damian Galeja. Takiego scenariusza nie mógł jednak w żaden sposób przewidzieć. Skoro strzela się gola już w 18. sekundzie...
Uczynił to Jacek Jarnot, choć równie dobrze tę bramkę można by zapisać na konto... czterech zawodników: obrońców beniaminka. - Nie mieliśmy prawa popełnić już na samym początku tak dużych błędów. Nasz plan gry runął - kręcił potem głową Mateusz Sałek. Kilkanaście minut później pozostało mu już tylko załamać ręce, bo piłkę do własnej siatki w dosyć niespotykany sposób wpakował jego kolega z drużyny, Piotr Jamuła. Zanosiło się na pogrom.
- Potem był jeszcze strzał Rafała Wawrzyńczoka w słupek i... przestaliśmy grać - przyznał Galeja. - My ten scenariusz już znamy. Fajnie zaczynamy, zdobywamy gole, mamy kolejne okazje, ale w pewnym momencie - nie wiadomo, dlaczego - zaczynamy bezsensownie pchać się środkiem. Pojawiają się straty i - co tu dużo mówić - zwykła głupota - podkreślał szkoleniowiec katowiczan.
Skończyło się na tym, że piłkę do siatki Karola Płonki wpakował Artur Dudacy, a gdy po przerwie z boiska za brzydki faul wyleciał Damian Mielnik, to... - Zaczęliśmy drżeć o wynik. I to jest w tym wszystkim najbardziej tragiczne, bo przecież mierzyliśmy się z drużyną z dołu stawki - Przemysław Gałecki nie krył rozczarowania, a przy okazji także grymasu na twarzy, bo mecz zakończył przedwcześnie z powodu urazu. - Upadłem całym ciężarem ciała na nogę - tłumaczył.
Uczynił to Jacek Jarnot, choć równie dobrze tę bramkę można by zapisać na konto... czterech zawodników: obrońców beniaminka. - Nie mieliśmy prawa popełnić już na samym początku tak dużych błędów. Nasz plan gry runął - kręcił potem głową Mateusz Sałek. Kilkanaście minut później pozostało mu już tylko załamać ręce, bo piłkę do własnej siatki w dosyć niespotykany sposób wpakował jego kolega z drużyny, Piotr Jamuła. Zanosiło się na pogrom.
- Potem był jeszcze strzał Rafała Wawrzyńczoka w słupek i... przestaliśmy grać - przyznał Galeja. - My ten scenariusz już znamy. Fajnie zaczynamy, zdobywamy gole, mamy kolejne okazje, ale w pewnym momencie - nie wiadomo, dlaczego - zaczynamy bezsensownie pchać się środkiem. Pojawiają się straty i - co tu dużo mówić - zwykła głupota - podkreślał szkoleniowiec katowiczan.
Skończyło się na tym, że piłkę do siatki Karola Płonki wpakował Artur Dudacy, a gdy po przerwie z boiska za brzydki faul wyleciał Damian Mielnik, to... - Zaczęliśmy drżeć o wynik. I to jest w tym wszystkim najbardziej tragiczne, bo przecież mierzyliśmy się z drużyną z dołu stawki - Przemysław Gałecki nie krył rozczarowania, a przy okazji także grymasu na twarzy, bo mecz zakończył przedwcześnie z powodu urazu. - Upadłem całym ciężarem ciała na nogę - tłumaczył.
Polecane