Nie objął Rozwoju, bo nie chciał uciekać z Zabrza jak szczur

24.05.2009
Wczoraj Marek Mandla pojawił się wraz ze swoim BKS-em na stadionie klubu, który dwa lata temu złożył mu ofertę. - Ale wtedy byłem jeszcze bardzo związany z Walką - wyjaśnia trener bielszczan.
Wczoraj w Katowicach piłkarze BKS-u mogli przypieczętować wicemistrzostwo ligi. Miejscowy Rozwój postawił jednak na tyle wysokie wymagania, że kwestia 2. miejsca na koniec sezonu pozostaje wciąż otwarta. Ale tylko teoretycznie. Trudno bowiem przypuszczać, by graczom z Bielska-Białej, którzy większość spotkań w tych rozgrywkach wygrali - nie udało się w ostatnich trzech kolejkach zdobyć dwóch punktów.

Dla Marka Mandli potyczka na Zgody oprócz swego ciężaru gatunkowego miała również pewien ciekawy podtekst. Mało kto wie, że ów szkoleniowiec swego czasu odrzucił ofertę Rozwoju. - Miałem wówczas ważną umowę z Walką Zabrze, a jestem człowiekiem, który każdą pracę stara się doprowadzić do końca. Poza tym z zabrzańskim klubem byłem mocno związany. Walka  borykała się z dużymi problemami, a ja nie chciałem uciekać jak szczur - podkreśla Mandla, który zachował się honorowo, a po kilku dniach... mógł tego żałować.

Działacze z Zabrza pożegnali go, argumentując, że zabiera głos w sprawach, które nie leżą w jego kompetencjach. - Takie jest życie. Katowiczanom zawsze jednak będę dobrze życzył. Szanuję ludzi, którzy tworzą ten klub. Znają się na futbolu, choć ostatnio brakowało im szczęścia. Ale w przyszłym sezonie Rozwój będzie stanowił o sile tej ligi - uważa Mandla.
autor: Kamil Kwaśniewski

Przeczytaj również