Jeśli już Rozwój ma ograć Legię, to... tę w najmocniejszym składzie!

16.08.2013
Przyjazd mistrza Polski, telewizyjne kamery - to nagroda dla Rozwoju za grę w Pucharze Polski. - To promocja dla tych młodych chłopaczków, którzy liczą na swoją szansę w piłce - mówi trener Mirosław Smyła.
Puchar Polski ma to do siebie, że w każdej edycji dochodzi do sporych niespodzianek. Przed rokiem do 1/4 finału awansowało dwóch I-ligowców, w obecnych rozgrywkach furorę robi III-ligowy Ursus Warszawa. Głośno jest też o Rozwoju Katowice, który ograł m.in. zespół z zaplecza ekstraklasy - Stomil Olsztyn. Teraz poprzeczka przed śląską ekipą zawieszona jest jeszcze wyżej - na Zgody zaprezentuje się mistrz Polski, 16-krotny zdobywca "Pucharu tysiąca drużyn". Piłkarze trenera Dietmara Brehmera staną przed szansą sprawienia największej niespodzianki w tym roku.

- Oby! - trzyma kciuki za Rozwój trener Mirosław Smyła. - Będzie ciekawie. To promocja dla tych młodych chłopaczków, którzy liczą na swoją szansę w piłce. Życzę im z całego serca, aby nabroili. Piłka ma to do siebie, że najsilniejszy może ulec najsłabszemu. Jak Goliat z Dawidem. Po to zaczęliśmy pracę trzy lata temu, żeby część z nich coś wygrała. Do tych starszych wówczas mówiłem: dajcie sobie możliwość cieszenia się sukcesami; do tych w średnim wieku: część z was może jeszcze zaistnieć w piłce; a do tych najmłodszych: dajcie sobie szansę wypromowania się, to wasza okazja, żeby zostać kimś - opowiada szkoleniowiec, który w sezonie 2010/2011 poprowadził Rozwój (a teoretycznie jego rezerwy) w spotkaniu z Legią Warszawa.

- Pamiętam ten wielki mecz. Przegrywaliśmy 0-1 i wtedy piękną bramkę dla nas zdobył Przemysław Gałecki. Później jednak, po kilkunastu sekundach przytrafił się nam paskudny błąd i do przerwy przegrywaliśmy. Kto wie, jakby się to potoczyło, gdyby udało się dowieźć remis do końca pierwszej połowy. Ale był taki moment euforii - wspomina spotkanie, które ostatecznie zakończyło się zwycięstwem Legii 4-1, Smyła.


Łukasz Laskowski/Pressfocus

Piłkarze Rozwoju zapamiętali nie tylko samo spotkanie, ale też... okres tuż przed nim. Udało się znaleźć pieniądze, dzięki którym katowiczanie mogli zorganizować trzydniowe zgrupowanie. Co prawda zawodnicy wybrali się do pobliskiego Chorzowa, ale to i tak była pewna nowość dla większości z nich.

- Znaleźli się ludzie, którzy pokryli koszt mini zgrupowania, które odbyło się na Stadionie Śląskim. Chcieliśmy wykorzystać okazję i dać piłkarzom, wówczas III-ligowym, namiastkę profesjonalnego futbolu, a nie tylko tego na poziomie III ligi. Były podwójne treningi, analizy taktyczne. Tego nigdy wcześniej nie było. Przyszła nawet młoda pani psycholog. Nie liczyliśmy na to, że to wpłynie na wynik, ale po prostu chcieliśmy wykorzystać ten moment. Pokazać i wyedukować, jak się profesjonalnie prowadzić przed meczem, w okresie startowym. Każdy z nich, który wyjdzie spod naszej ręki, nie będzie zdziwiony w innym klubie. Proszę sobie wyobrazić, że Arek Milik czy Konrad Nowak przychodzą do nowego zespołu i nie wiedzą, jak się zachować. Trochę wstyd. To był dodatkowy bodziec, że warto pracować. bo tak to wygląda na wyższym poziomie - mówi nasz rozmówca. - Przegraliśmy, ale zawodnikom nie można czegoś zarzucić. Do każdych zajęć podchodzili bardzo profesjonalnie - przyznaje.

Oczywiście to goście będą faworytem jutrzejszej potyczki. Można jednak liczyć na to, że zespół z Warszawy nie wystawi najmocniejszego składu. Kilka dni później mistrz Polski zagra niezwykle ważny mecz o awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów ze Steauą Bukareszt. Trener Smyła przestrzega jednak, by nie traktować tego jako handicapu dla Rozwoju.

- W Legii nie ma słabszych zawodników. To wyrównany zespół, mający szansę na Ligę Mistrzów. To jest dzisiaj piłkarska elita Polski. Obojętnie, który piłkarz wyjdzie, będzie ciężko. Nawet czasami podstawowy gracz nie włoży nogi w sytuacji stykowej, a ten numer 13, 14, 15 tę nogę wsadzi i zostawi na boisku więcej serca, bo będzie chciał się pokazać. Czasami ten podstawowy będzie uważał na swoje zdrowie, bo ma wyższe cele - mówi Smyła. - Ale z drugiej strony - jak ograć Legię, to właśnie najsilniejszą. Takie mecze przechodzą do historii - uśmiecha się szkoleniowiec. - Życzę, szczególnie tym młodym piłkarzom, żeby - dzięki ograniu w II lidze plus doświadczeniu z pierwszego meczu - pokazali się z jak najlepszej strony, żeby z Rozwoju ruszyli w świat - dodaje.

Brehmer przed spotkaniem z warszawianami podkreśla w wywiadach, że to liga jest najważniejsza. - Z zawodnikami jest tak, że wychodzą w środę na gierkę wewnętrzną, zrzucają się po 5 złotych i serce zostawiają na boisku. Wiemy jak jest w teorii - to liga jest najważniejsza, bo z tego się żyje i nie dziwię się słowom trenera. Całkowicie się pod nimi podpisuję, bo ten sezon jest dla II-ligowców paskudny. Rozwój musi się mocno trzymać, bo z ligi spada 10 zespołów. To jest jednak mecz z Legii z typowym śląskim klubem. Wiemy, że to prestiż, szansa pokazania się. Na pewno dopisze publiczność, z pewnością jest to topowy mecz dla klubu - mówi Smyła.

Co ciekawe, swoją pucharową przygodę w roli piłkarza ma także i nasz rozmówca, zawodnik Reprezentacji Śląska Oldbojów, o której głośno było rok temu. Składający się z byłych graczy naszych klubów zespół w okręgowym Pucharze Polski wyeliminował kilka drużyn - rezerwy Górnika Wesoła, Pogoń Imielin (jedną z bramek zdobył Smyła) i Grunwald Ruda Śląska.

- Jesteśmy sportowcami z krwi i kości. Mamy w sobie sportową złość, potrzebę zwyciężania. Byliśmy bardzo dumni, że ograliśmy Grunwald. Pokonanie takiego zespołu trochę zdrowia kosztowało. Ja byłem bardzo przeciętnym piłkarzem, nie występowałem w ekstraklasie, a tu grałem w doborowym towarzystwie - Radosław Gilewicz, Mariusz Śrutwa, Dariusz Gęsior. Nie chcę wymieniać wszystkich z nazwisk, ale to same gwiazdy polskiej piłki, które osiągnęły bardzo dużo, nie tylko na krajowej arenie, ale też i w reprezentacji Polski. Przebywanie wśród tych ludzi to bardzo miłe uczucie - przyznaje były trener m.in. GKS-u Tychy.

W tegorocznej edycji Pucharu oldboje również wystartują. Za tydzień zmierzą się z Naprzodem Lipiny. - Szykujemy się, bo bardzo to kochamy. To silniejsze od nas. Regeneracja u młodych zawodników jest nieporównywalnie większa, ale ból po meczu daje niebywałą satysfakcję. Puchar jest jedyną szansą na grę dla takich staroci, daje potężną dawkę adrenaliny. W Rozwoju przeżywałem emocje z chłopakami, ale też mam je jeszcze przed sobą - uśmiecha się Smyła.
autor: Adrian Waloszczyk

Przeczytaj również