Golkiper Rozwoju był bliski zatrzymania Legii. Powtórzy wyczyn przy Zgody?
17.08.2013
Rozwój Katowice przed meczem z Legią Warszawa jest w pełnej gotowości. W dużej mierze dla zawodników drużyny z Brynowa będzie to pierwszy kontakt z tak utytułowanym rywalem. Wyjątek stanowi Mateusz Sławik, który stawiał już czoła stołecznej drużynie, grając w Zabrzu. - Różnie te mecze nam się układały. Legia zawsze była bardzo silnym zespołem, a Górnik miał swoje problemy, ale ambicją i determinacją umieliśmy wiele ugrać - wspomina doświadczony golkiper.
Najbardziej w pamięci Sławika utkwiło spotkanie przy Roosevelta, na finiszu sezonu 2005/06, kiedy zabrzanie jako zespół rozegrali kapitalne zawody, dominując nad późniejszy mistrzem Polski, ale cuda w warszawskiej bramce wyczyniał Łukasz Fabiański. Po bramce Piotra Włodarczyka Legia triumfowała przy Roosevelta i świętowała mistrzowski tytuł.
- To był bardzo dobry mecz w naszym wykonaniu. Byliśmy skazywani na pożarcie, ale to my dyktowaliśmy warunki gry. Szkoda bramki straconej na początku meczu, bo potem mogliśmy odpowiedzieć trzema czy czterema bramkami, ale bramkarz Legii był tego dnia nie do przejścia. Potem dostał ofertę transferu i wyjechał do Arsenalu Londyn - wspomina 32-latek.
Innym z meczów, który bramkarzowi Rozwoju zapisał się w pamięci był pojedynek z Wojskowymi przy Łazienkowskiej. - Źle ten mecz rozpoczęliśmy i przegrywaliśmy bodajże 0-3 po godzinie gry. W końcówce zebraliśmy się jednak w sobie i po bramkach Artura Prokopa i Jacka Wiśniewskiego złapaliśmy kontakt na 2-3. Szkoda, że się nie udało doprowadzić do remisu, bo w samej końcówce "Wiśnia" miał jeszcze jedną świetną okazję. Trafił chyba w poprzeczkę - dodaje Sławik.
Przed sobotnim pojedynkiem 1/16 finału Pucharu Polski doświadczony zawodnik zachowuje spokój. - Czuje się ciśnienie przed tym meczem. Przyjdzie wielu kibiców, dziennikarzy, a mecz będzie transmitowany w telewizji. To jednak nie nas musi sparaliżować presja. Nie da się ukryć, że faworytem tego meczu nie będziemy, ale Legia to drużyna, w której grają zwykli ludzie, tacy sami jak my i możemy pokusić o niespodziankę w tej rywalizacji. Dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe - przekonuje gracz drużyny ze Zgody.
Najbardziej w pamięci Sławika utkwiło spotkanie przy Roosevelta, na finiszu sezonu 2005/06, kiedy zabrzanie jako zespół rozegrali kapitalne zawody, dominując nad późniejszy mistrzem Polski, ale cuda w warszawskiej bramce wyczyniał Łukasz Fabiański. Po bramce Piotra Włodarczyka Legia triumfowała przy Roosevelta i świętowała mistrzowski tytuł.
- To był bardzo dobry mecz w naszym wykonaniu. Byliśmy skazywani na pożarcie, ale to my dyktowaliśmy warunki gry. Szkoda bramki straconej na początku meczu, bo potem mogliśmy odpowiedzieć trzema czy czterema bramkami, ale bramkarz Legii był tego dnia nie do przejścia. Potem dostał ofertę transferu i wyjechał do Arsenalu Londyn - wspomina 32-latek.
Innym z meczów, który bramkarzowi Rozwoju zapisał się w pamięci był pojedynek z Wojskowymi przy Łazienkowskiej. - Źle ten mecz rozpoczęliśmy i przegrywaliśmy bodajże 0-3 po godzinie gry. W końcówce zebraliśmy się jednak w sobie i po bramkach Artura Prokopa i Jacka Wiśniewskiego złapaliśmy kontakt na 2-3. Szkoda, że się nie udało doprowadzić do remisu, bo w samej końcówce "Wiśnia" miał jeszcze jedną świetną okazję. Trafił chyba w poprzeczkę - dodaje Sławik.
Przed sobotnim pojedynkiem 1/16 finału Pucharu Polski doświadczony zawodnik zachowuje spokój. - Czuje się ciśnienie przed tym meczem. Przyjdzie wielu kibiców, dziennikarzy, a mecz będzie transmitowany w telewizji. To jednak nie nas musi sparaliżować presja. Nie da się ukryć, że faworytem tego meczu nie będziemy, ale Legia to drużyna, w której grają zwykli ludzie, tacy sami jak my i możemy pokusić o niespodziankę w tej rywalizacji. Dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe - przekonuje gracz drużyny ze Zgody.
Polecane