Śląski szczęśliwy dla "GieKSy", przeklęty dla Ruchu

10.05.2017
Od ostatniego śląskiego finału Pucharu Polski miną niedługo 24 lata. Po raz pierwszy w historii pucharowej batalii na Stadionie Śląskim naprzeciw siebie stanęły jedenastki chorzowskiego Ruchu i katowickiego GKS-u. Rzuty karne zdecydowały, że trofeum w górę po raz trzeci w swojej historii wznieśli gracze "GieKSy".
źródła: Monografia sekcji piłkarskiej GKS Katowice
Po 18 latach ponownie w decydującej rozgrywce zagrały rezerwy pierwszoligowego klubu. Tym razem rewelacją rozgrywek była druga drużyna „Niebieskich”, choć od ćwierćfinałów przypominała personalnie raczej pierwszy garnitur ekstraklasowicza. Mało tego – trenera rezerw Ksawerego Bibrzyckiego „wspomógł” (by nie napisać zastąpił) Edward Lorens. Katowiczanie gdy stało się jasne, że nie dogonią ligowej czołówki skupili się wyłącznie na wywalczeniu Pucharu Polski. GieKSa po wyeliminowaniu dwóch najlepszych drużyn w lidze (Legii i ŁKS) uchodziła za faworyta finału, pomimo tego, że Ruch w tabeli zajął 4 miejsce (tracąc dopiero w końcówce sezonu szansę na udział w Pucharze UEFA). 
 
Na Stadionie Śląskim zjawiło się tylko ok. 10 000 widzów, choć dla „Niebieskich” był to pierwszy finał od 19 lat. Fani Ruchu (ok. 5000) zajęli sektory po lewej stronie wieży, a fani GieKSy (ok. 2000), którzy przemaszerowali przez park spod Bukowej, zajęli swoje miejsca po prawej stronie. - Liczyliśmy, że będzie dużo więcej ludzi - przyznał po latach Zdzisław Strojek. Na niską frekwencję z pewnością wpływ miała fatalna pogoda i powszechne w tamtym czasie awantury na stadionach, które skutecznie odstraszały „zwykłych” sympatyków futbolu. Nie bez znaczenia był też „cyrk” w ostatniej kolejce ekstraklasy. kiedy to walczące o mistrzostwo Legia i ŁKS zakpiły sobie z wszystkich i urządziły korespondencyjną „licytację” na bramki. W efekcie PZPN anulował mecze ostatniej kolejki z udziałem Legii i ŁKS-u, co było równoznaczne z odebraniem warszawskiej drużynie mistrzostwa, a łódzkiej wicemistrzostwa Polski. „Smród” wokół ligowej piłki pozostał, a jak pokazały kolejne lata problem korupcji narastał z każdym sezonem.

Piłkarze śląskich klubów postanowili jednak pokazać, że i w Polsce można zobaczyć dobre mecze. Kibice zobaczyli naprawdę atrakcyjne widowisko, w którym nie brakowało ostrej walki. - Na początku meczu, gdy był rzut rożny Probierz „pociągnął” z łokcia i złamał mi nos. Tak się wkurzyłem, że powiedziałem, że nie schodzę. Wojtek Spałek z doktorem Szczerbą zatamowali mi tylko krwotok i grałem dalej. Za chwilę był rzut rożny dla nas. I pamiętam jak dzisiaj -  wystartowałem do „główki” z Tomaszem Fornalikiem. Poczułem jak mnie łapie, więc się odwinąłem. Gdy schodziliśmy na przerwę, podszedł do mnie jego brat Waldek i powiedział, że nie spodziewał się po mnie takiego zachowania. Było mi głupio, ale to wszystko było w nerwach, po tym jak potraktował mnie Probierz. Chciałem się zrewanżować i nie patrzyłem kogo uderzam - wspominał po latach na łamach monografii GieKSy Marek Świerczewski.  
 
W pierwszej połowie więcej z gry miał Ruch i to on po akcji trójki Radosław Gilewicz – Roman Dąbrowski – Mariusz Śrutwa objął prowadzenie, które utrzymał do przerwy. W 51 min. mogło być już po meczu, bo Dąbrowski znalazł się sam na sam z Januszem Jojką. Chorzowski napastnik zmarnował jednak tą okazję i piłkę przejęli katowiczanie. Maciejewski przerzucił futbolówkę do stojącego na 11 metrze Mariana Janoszki, a ten spokojnie przyjął piłkę na „klatę” i strzelił pewnie po długim słupku obok bezradnie interweniującego Lecha. - Mogli nas załatwić na 2:0, ale zaraz poszła kontra, Maciejewski wrzucił piłkę, przyjąłem ją sobie na klatkę, uderzyłem po długim rogu i Lech nie miał szans. – wspomina Marian Janoszka. 

Od tego momentu inicjatywę przejęli piłkarze Adolfa Blutscha i gdyby Dariusz Wolny strzelił do pustej bramki, nie doszłoby do serii rzutów karnych. - Mecz w zasadzie przebiegał po naszej myśli - mówił Tomasz Fornalik - Zakładaliśmy grę z kontry licząc na szybkich Romka Dąbrowskiego i Radka Gilewicza. Po stracie bramki przeciwnicy zepchnęli nas do obrony, ale i my mieliśmy momenty przewagi. Przed dogrywką byliśmy dobrej myśli...
 
W „wojnie nerwów” lepsi po raz pierwszy w historii finału Pucharu Polski (GKS dwukrotnie przegrał finał w karnych z Widzewem i Śląskiem) okazali się katowiczanie. Pierwsi jednak trafili chorzowianie. Do piłki podszedł Mariusz Jendryczko i choć Jojko próbował go zmylić, to piłka wpadła do siatki tuż przy lewym słupku, podczas gdy golkiper GieKSy znalazł się po przeciwnej stronie. Szczęśliwemu strzelcowi pierwszy z gratulacjami pośpieszył Gilewicz. Po chwili był remis, bo Lecha ponownie w tym finale pokonuje „Ecik” Janoszka. Stojący za bramką Marek Baran pokazuje uspokajający gest. Za chwilę rezerwowy bramkarz GieKSy uniesie ręce w geście triumfu, bo Janusz Jojko rzuci się tam, gdzie strzeli Gilewicz. „Jojo” odwraca się w stronę Barana wykonując gest pełen triumfu. To były bramkarz GKS-u Tychy podpowiedział Jojce jak napastnik Ruchu zwykł strzelać z rzutów karnych. Zapamiętał to z czasów wspólnych występów z „Radogolem”. - Dzisiaj dobrze się czułem, byłem pewny, dlatego podszedłem do tego karnego. Wybrałem róg, strzeliłem, ale Janusz Jojko dobrze obronił. Chciałem dobrze, niestety nie wyszło. Pozostał smutek. Chciałem podziękować kolegom, że nie mieli do mnie żalu - mówił ze łzami w oczach niefortunny strzelec. 
 
To był decydujący moment tego meczu, ponieważ już nikt tego dni się nie pomylił. Do decydującego karnego podszedł 19-letni wówczas Adam Ledwoń. Uderzył pewnie, mocno, w prawy górny róg bramki i po chwili utonął w objęciach kolegów. Szał radości na środku boiska, szał radości w sektorach zajmowanych przez fanów GieKSy. W tym samym czasie załamani piłkarze Ruchu z opuszczonymi głowami schodzili do szatni. „Pierwszy opuszczał boisko Piotr Lech. – pisała „Piłka Nożna” - Miał w oczach łzy, ale widać też było jego wnętrze. W tym człowieku, któremu nie udało się obronić żadnej „jedenastki”, wszystko się wręcz gotowało. Kiedy doszedł do tunelu oddzielającego płytę od szatni, rozległ się potężny huk – bramkarz Ruchu uderzył z całych sił w blaszaną boazerię, musiał z siebie wyrzucić nagromadzoną złość.” 

Oczywiście w zgoła odmiennych nastrojach byli katowiczanie. - Jestem bardzo szczęśliwy ze zdobycia Pucharu Polski, ale muszę również pogratulować rywalom znakomitej postawy – mówił austriacki trener GKS Adolf Blutsch - Gdyby wykorzystali sytuację na początku drugiej połowy, to chyba oni cieszyliby się ze zdobycia pucharu. W rzutach karnych wiadomo – trzeba mieć trochę szczęścia. Uśmiechnęło się ono tym razem do nas. Janusz Jojko mówił z kolei: - Cały zespół zagrał bardzo dobrze, a to że kibice skandowali po meczu moje nazwisko, to dla mnie jeszcze jeden powód do satysfakcji. Mam dwie „dziury” w łydce, ale lekarz zamroził mi ten uraz i w czasie gry nie czułem bólu - zapewniał budujący już swoją legendę w Katowicach bramkarz.
 
Po finale cała katowicka drużyna udała się na Bukową, gdzie czekali już kibice. Spalono krawat trenera Blutscha, a wielka feta trwała aż do białego rana. Dziennikarze „Sportu” postanowili odwiedzić piłkarzy GieKSy następnego dnia właśnie o poranku, by porozmawiać ze środowymi bohaterami jeszcze raz. - Kiedy padło pytanie kto idzie strzelać rzuty karne, nikt nie chciał – mówił Roman Szewczyk – A później strzelili wszyscy. Najważniejsze, że się udało i że później razem z kibicami od 11 w nocy do 3 rano mogliśmy świętować.

- A najsympatyczniejsze było to, że na bankiet przyszli Władysław Komar, Roman Kłosowski, podeszli do naszego stolika i życzyli nam zwycięstwa w Superpucharze z Legią. Oczywiście nie obeszło się bez gratulacji i wspólnych śpiewów - dodawał Strojek. - Uważam, że był to jeden z lepszych finałów ostatnich lat. Radość jest więc podwójna, ale i taka sama jak dwa lata temu, gdy zdobywaliśmy Puchar Polski w Piotrkowie. Ja osobiście cieszę się też, że utarliśmy nosa jednemu człowiekowi, który chciał złapać za ogon dwie sroki, a po meczu nie zdobył się nawet na to by podejść i tak jak Ksawery Bibrzycki, czy Jerzy Wyrobek pogratulować - dzielił się spostrzeżeniami Marek Świerczewski.
 
Jako ciekawostkę należy podać dwa fakty. Dla GKS Stadion Śląski okazał się ponownie szczęśliwy, bo grając na nim po raz drugi finał krajowego pucharu – drugi raz piłkarze z Bukowej wznieśli cenne trofeum. Szczęśliwa okazał się również data 23 czerwca. Tego samego dnia, tyle że dwa lata wcześniej, GKS w piotrkowskim finale pokonał 1:0 Legię. Z kolei dla Ruchu Stadion Śląski okazał się przeklęty. Zagrali na nim w finale po raz czwarty i po raz czwarty schodzili pokonani (po raz piąty „Niebiescy” przegrają tu w 2009 roku z Lechem).
 
Warto również zaznaczyć, że finał pomiędzy GKS-em a Ruchem, był ostatnim meczem rozegranym na „starym” Stadionie Śląskim. Po awanturach na meczu Polska – Anglia w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata w USA, FIFA zakazała okresowo rozgrywania meczów międzypaństwowych na tym obiekcie. W czasie remontu okazało się, że nasypy trybun osuwają się i rozpoczęto powolną przebudowę „śląskiego giganta”, która trwa praktycznie do dzisiaj.
 
Pojedynek pomiędzy GKS-em a Ruchem był czwartym w historii i jak na razie ostatnim śląskim finałem. Trzy lata później po wygranej 1:0 z GKS Bełchatów Ruch jako ostatnia śląska drużyna zdobędzie Puchar Polski, choć w finale – podobnie jak GieKSa, zagra jeszcze dwukrotnie.

23 czerwca 1993, Chorzów - Stadion Śląski, Finał Pucharu Polski 1992/93

GKS Katowice - Ruch II Chorzów 1:1 (0:1), k. 5:4
0:1 - Mariusz Śrutwa 37'
1:1 - Marian Janoszka 52'

GKS Katowice: Jojko - Ledwoń, Szewczyk, Maciejewski, Strojek (46' Kucz), Grzesik (106' Pawłowski), P. Świerczewski, M. Świerczewski, Borawski, Janoszka, Wolny. Trener: Aldolf Blutsch.

Ruch: Lech - T. Fornalik, Wagner, P. Mosór, Jendryczko, Posiłek (79' Piecha), Gilewicz, Probierz, Bednarz, Śrutwa, Dąbrowski. Trener: Ksawery Bibrzycki, Edward Lorens.

Sędzia: Ryszard Wójcik (Opole)
Żółte kartki: Strojek (GKS) Mosór, Bednarz (Ruch)
Widzów: 10 000
autor: Tomasz Pikul

Przeczytaj również