Ekipa Lippiego najadła się strachu na Śląskim

15.03.2017
To był ostatni raz, gdy na Śląsk przyjechała klubowa drużyna ze ścisłego, europejskiego topu. Ruchowi Chorzów wielkich szans w starciu z włoskim Interem nikt o zdrowych zmysłach nie dawał, ale sama gra z ekipą prowadzoną przez słynnego Marcello Lippiego była dla "niebieskich" nagrodą za kapitalny poprzedni sezon.
Droga do meczu pierwszej rundy Pucharu UEFA wcale nie była dla "niebieskich" łatwa. Po pierwsze - na europejskie puchary trzeba było sobie zasłużyć. "Niebiescy" pod wodzą trenera Edwarda Lorensa sezon 1999/2000 zakończyli na sensacyjnym, 3. miejscu w tabeli Ekstraklasy. Długo mieli nawet szanse na mistrzowski tytuł, choć to w jaki sposób wymknął im się on z rąk stanowi osobną opowieść. Tak czy inaczej brązowe medale pozwoliły chorzowianom przygotowywać się do zmagań na europejskich arenach.

Lato po najlepszym od dziesięciolecia sezonie przy Cichej nie było spokojne. Co prawda udało się utrzymać solidną kadrę z wiosny, ale z klubem rozstał się architekt tamtego sukcesu - Edward Lorens. Drużynę powierzono Janowi Żurkowi, ale jego mariaż z "niebieskimi" okazał się wielkim niewypałem. Po wstydliwej porażce w rundzie wstępnej z Żalgirisem w Wilnie (1:2) ekipę tymczasowo przejął Jan Rudnow. Odmienił ją na tyle skutecznie, że rewanż z Litwinami zakończył się najwyższym zwycięstwem w historii gry Ruchu w pucharach. Gładkie 6:0 dało chorzowianom możliwość gry z wielkim Interem Mediolan.

Sensacyjnie wyrzuceni przez szwedzki Helsingborg z batalii o Ligę Mistrzów mediolańczycy śmiało mogli wtedy walczyć o miano "Galacticos" europejskiego futbolu. Na przestrzeni roku prezydent Massimo Moratti wydał fortunę na najlepszych dostępnych wówczas zawodników. Najpierw na San Siro sprowadzono za 50 milionów euro Christiana Vieriego. Dołączył do niego między innymi Mistrz Świata Laurent Blanc, a już kolejnego lata w Mediolanie zameldowali się choćby Hakan Sukur, czy Robbie Keane.

Na Stadionie Śląskim Vieriego zabrakło, nie zagrał również największy gwiazdor ówczesnej piłki - Brazylijczyk Ronaldo. Mimo to ekipa w której od pierwszych minut pojawili się Blanc, Vampeta, czy Clarence Seedorf w założeniach miała rozbić w puch 14-krotnych Mistrzów Polski. Jak było?

Ruch przez godzinę nadspodziewanie dobrze radził sobie z włoskim dream-teamem. Jakub Wierzchowski bezbłędnie bronił strzały Vladimira Jugovicia, Robbie'go Keana, czy Hakana Sukura, ale... wcale niemniej roboty miał Sebastien Frey! W środku pola już wtedy dobrze radził sobie Łukasz Surma, a Francuza nękali choćby Krzysztof Bizacki, czy Sławomir Paluch. Bramkarz Interu zdecydowanie najlepiej zapamiętał jednak Mariusza Śrutwę, który dwukrotnie zrobił niemal wszystko by otworzyć wynik w "Kotle Czarownic". - Kilka razy widziałem już piłkę w bramce. Zdarzało się, że Włosi wybijali ją na oślep - przyznawał "SuperMario". Z pewnością w oczy przyjezdnych zajrzało widmo kolejnej po porażce ze Szwedami pucharowej kompromitacji.

Tyle, że gdy Jan Rudnow na ławce miał Macieja Mizię, Rafała Kwiecińskiego i Bartosza Tarachulskiego, Marcello Lippi mógł żonglować kolejnymi nazwiskami. Zdjął z boiska Jugovicia, wpuścił Alvaro Recobę, a ten zdecydował o losach spotkania. - Pojawiłem się na boisku dopiero w drugiej połowie, gdyż jeszcze kilka dni temu odczuwałem skutki kontuzji lewego kolana. Jestem bardzo szczęśliwy. Będę miło wspominał ten mecz i ten stadion - cieszył się 24-letni Urugwajczyk. To on dodał ekipie Nerrazurrich polotu, który Włosi w ciągu niespełna 10 minut w końcu przekuli na trafienia. Najpierw po rzucie rożnym trafił Seedorf, potem znakomitym uderzeniem z dystansu Wierzchowskiego pokonał Recoba, a wynik po kolejnym stałym fragmencie ustalił Keane. - Spodziewałem się w wykonaniu Polaków futbolu siłowego i defensywnego, dobrego przygotowania pod względem fizycznym. W dużej mierze mecze z Ruchem potwierdziły moje przypuszczenia. Gospodarze przeszkadzali nam skutecznie w strzeleniu gola, dopóki mieli siły - komentował spotkanie w rozmowie z Tygodnikiem "Piłka Nożna" Luigi di Biagio.



- Do Mediolanu jedziemy walczyć z takim samym zaangażowaniem, jak w Chorzowie. Obiecuję, że strzelimy tam przynajmniej jednego gola - deklarował po dobrym meczu swojej drużyny trener Jan Rudnow. I jak miało się okazać - słowa dotrzymał. "Niebiescy" raz jeszcze musieli uznać wyższość Interu, ale honorowe trafienie Grzegorza Skwary było dla nich w pełni zasłużone.

14 września 2000, Stadion Śląski, 1. Runda Pucharu UEFA 00/01

Ruch Chorzów - Inter Mediolan 0:3 (0:0)
0:1 - Seedorf 63'
0:2 - Recoba 66'
0:3 - Keane 71'

Ruch: Wierzchowski – Szuflita (77' Kwieciński), Masternak, Jamróz, Wleciałowski – Paluch, Surma, Dżikija (69' Mizia), Górski – Śrutwa, Bizacki (68' Tarachulski). Trener: Jan Rudnow.
Inter: Frey – D. Simic (11' Serena), Blanc, Cordoba, Macellari – Seedorf (73' di Biagio), Farinos, Vampeta, Jugovic (56' Recoba) – Sukur, Keane. Trener: Marcello Lippi. 

Sędzia: R. Luinge (Holandia)
Widzów: 18 000
autor: Łukasz Michalski

Przeczytaj również