Co za historia! Zielona walizka niebieskich mistrzów

12.11.2020

Sześćdziesiąt (z małym okładem) lat temu Ruch dołożył dziewiątą gwiazdkę do swego skarbca. To był zaiste niezwykły sezon w wykonaniu chorzowian: ligę „ogarnęli” ledwie czternastoma piłkarzami, za to aż trzema trenerami – a każdy z nich to osobna historia.

archiwum Eugeniusza Lercha

To był sukces chyba równie niespodziewany, jak pierwszy tytuł czempiona, zdobyty przez chorzowian w 1933 roku. 27 lat później, u progu wyścigu po tytuł mistrzowski '60, chyba wyłącznie najwierniejsi – i obdarzeni największą dawką optymizmu – fani drużyny z Cichej mogli sobie wyobrażać swych ulubieńców w mistrzowskiej koronie. Wciąż przecież jeszcze wielu kibiców „opłakiwało” zakończenie kariery przez Gerarda Cieślika – wielkiego „małego łącznika”, bohatera zbiorowej polskiej wyobraźni sięgającej daleko poza granice Hajduk, Chorzowa i Górnego Śląska. Na dodatek tropem ówczesnego rekordzisty wszech czasów w liczbie zdobytych bramek ligowych poszedł jego imiennik, Suszczyk. Tak; warto przypomnieć, że na chrzcie też dano mu Gerard; zmianę imienia zaproponowała mu powojenna nowa władza, a tenże... opierał się tej ofercie dużo słabiej niż Cieślik – no i został Czesławem. Notabene – nie tylko na murawie, ale też i przy... pingpongowym stole, gdzie również grywał w pierwszoligowym teamie Ruchu, i to jako jego podstawowy zawodnik.

Obaj panowie - choć w prywatnych kontaktach raczej nie byli serdecznymi przyjaciółmi – zgodnie zdecydowali się jednak zakończyć wyczynowe kopanie piłki. „I co teraz?” - zastanawiało się wielu sympatyków „Niebieskich”, mając w pamięci fakt, że z Cieślikiem i Suszczykiem chorzowianie w 1959 zajęli zaledwie piąte miejsce – z dala od najwyższych zaszczytów. Pożegnano po tych rozgrywkach doskonale znanego w klubie trenera Edwarda Cebulę, który wrócił do pracy z juniorami w działającym od kilku lat klubie Start – i doskonale się w tej roli odnajdował. To z boiska na Klimzowcu – rolę szatni oraz łaźni odgrywało... zaplecze funkcjonującej po sąsiedzku restauracji – w wielki piłkarski świat ruszali między innymi Roman Bazan (późniejsza legenda sosnowieckiego Zagłębia) i Jerzy Peterek, syn Teodora.

(Legendarny trener, Janos Steiner i jeden z jego ulubieńców, Eugeniusz Lerch/fot. archiwum E. Lercha)

Już z początkiem lutego '60 Cebula – podobnie jak niegdysiejszy piłkarz i działacz Ruchu, a później założyciel Startu, Alojzy Dzielong – wrócił jednak na Cichą; włodarze obu klubów podjęli bowiem uchwały o ich fuzji! I to był znaczący impuls dla tych „ruchowców”, którzy „opłakiwali” jeszcze koniec kariery swych niedawnych gwiazd. Z Klimzowca trafili do „Niebieskich” między innymi Stefan Kempka, Bernard Przybylski i Rudolf Potrawa, którzy znacząco wzmocnili konkurencję na treningach pierwszoligowca. A Józef Manowski i – przede wszystkim – Jan Schmidt niejako „z marszu” wywalczyli sobie miejsce w ligowej jedenastce. Ten ostatni miał już na koncie kilka meczów – i kilka bramek – ekstraklasowych (zaliczył je parę miesięcy wcześniej, jako poborowy – oczywiście w szeregach Legii), ale dla ligowego towarzystwa wciąż był postacią raczej anonimową. I może dlatego okazał się prawdziwą rewelacją sezonu 1960, zostając w nim najlepszym strzelcem Ruchu! - Wysoki, dzięki czemu wygrywał wiele pojedynków główkowych, ale również bardzo dynamiczny. Odważnie wchodził w potyczki „jeden na jeden”, a czasem nawet... „jeden na trzech”, bo tężyzny fizycznej mu nie brakowało – komplementuje młodszego kolegę Eugeniusz Lerch, kolejny z bohaterów tamtego mistrzowskiego sezonu.

Zadanie właściwego „pogodzenia ognia z wodą”, czyli „startowców” z „ruchowcami”, powierzono doskonale znanemu w Polsce – a i w Chorzowie też - Jánosowi Steinerowi. Sięgał po mistrzowską koronę z Legią (1955), a później z Górnikiem (1959), w międzyczasie zajmując z „Niebieskimi” czwartą pozycję w lidze (1958). Na Cichą wrócił... za głosem serca – wkrótce poślubił klubową sekretarkę, Marię Krawczyk. W maju młoda para wciąż jeszcze była na etapie układania sobie życia, a sam węgierski szkoleniowiec – „układania klocków” na murawie. Łatwo nie było, bilans otwarcia sezonu (po jednym zwycięstwie i przegranej, cztery remisy) nie powalał, choć Steiner w szatni cieszył się wielkim poważaniem, szacunkiem i sympatią. Był bodaj pierwszym trenerem, który w Chorzowie... upomniał się o „zawodowstwo” podopiecznych. „Jak mają grać na miarę mistrzowską, skoro na treningi przychodzą po kilku godzinach spędzonych na stanowisku pracy w hucie Batory?” - takimi pytaniami wiercił dziurę w brzuchu członkom zarządu oraz władz zakładu pracy, opiekującego się klubem. I w końcu dopiął swego; to za jego kadencji zapadła decyzja, że zawodnicy już nie muszą „odrabiać dniówki” w tokarni, walcowni czy stolarni... Piłkarzy zjednywał też innymi gestami; z ojczyzny przywoził im oryginalne węgierskie salami, butelki pysznego Tokaja oraz... czekoladki z wizerunkami najlepszych węgierskich piłkarzy. Ot, taka ciekawostka, u nas zupełnie nieznana.

Jánosa Steinera szatnia więc niemal kochała. Kiedy na przełomie maja i czerwca zmuszony był poddać się operacji usunięcia wyrostka robaczkowego, odwiedzających go w szpitalu nie brakowało. Zabieg w zasadzie rutynowy – i takim się okazał. Węgier – spacerując po szpitalnym ogrodzie z kolejnymi zawodnikami, wpadającymi doń na pogaduchy i relacjonującymi ligowe gry pod opieką „tymczasowego” trenera Cebuli – snuł już plany na przyszłość; ot, choćby o tournée „Niebieskich” po... Australii. Piłkarze odliczali już dni do jego powrotu na treningi. 5 czerwca, w niedzielę, ograli przy Cichej opolską Odrę, a „Sport” relację zatytułował „Koncert chorzowskiego ataku pod batutą Lercha”. - Dzień później odwiedziłem trenera, rozmawialiśmy bardzo długo: o meczu z opolanami, o letniej przerwie, o nowych schematach taktycznych. Zostawiałem go w dobrym zdrowiu, pełnego optymizmu – wspomina Lerch. Tymczasem we wtorkowy poranek „ruchowców” przychodzących na przedpołudniowy trening już w bramie stadionu witała hiobowa – szokująca! - wiadomość. „W nocy z poniedziałku na wtorek w Szpitalu Miejskim numer 2 w Chorzowie zmarł w wieku 52 lat znany trener węgierski, Steiner” - napisała „Trybuna Robotnicza”. Zdradzieckim zabójcą okazał się skrzep; najpierw zagnieździł się w nodze, by – po urwaniu się - w mgnieniu oka dotrzeć do płuc. Stało się to w obecności lekarzy, ale ci mogli jedynie podtrzymać szkoleniowca, gdy ten osuwał się w ich ramiona. Na ratunek było za późno...

(Czarne wstążki na znak żałoby i pamięci o zmarłym szkoleniowcu. Stoją od lewej: Ryszard Wyrobek, Eugeniusz Pohl, Mieczysław Siemierski, Hubert Pala, Antoni Nieroba i Zygmunt Pieda. U dołu: Kazimierz Polok, Bernard Bem, Eugeniusz Lerch, Jan Schmidt, Eugeniusz Faber. / fot. archiwum Eugeniusza Lercha)

Na pierwsze po pogrzebie Steinera spotkanie ligowe – z Wisłą w Krakowie – chorzowianie wybiegli z czarnymi wstążkami na kołnierzykach koszulek. I – jakby oddając hołd zmarłemu szkoleniowcowi – w kolejnych czerwcowych meczach grali jak z nut. Wygrali przy Reymonta, pokonali stołeczną Gwardię i „ełkaesiaków”, i po dwunastu seriach gier (jedna już z rundy rewanżowej) zajmowali przed miesięczną letnią przerwą drugie miejsce, z dwupunktową stratą do Legii.

Trener Cebula zarządził w tym momencie obóz w Żywcu, a potem – na swoje nieszczęście... - udział w turnieju z okazji „Dnia Opola”. „15 bramek w siatce Wyrobka świadczy chyba o tym, że piłkarze Ruchu pędzili wesołe życie na zgrupowaniu” – napisała po tym weekendzie prasa, podsumowując w ten sposób porażki 2:7 z drugoligową raciborską Unią oraz 1:8 z Odrą. - Rywale byli „na świeżości”, a my po ciężkiej pracy na obozie – po dekadach tłumaczył Eugeniusz Lerch. Działacze chorzowscy wówczas jednak żadnego tłumaczenia nie przyjmowali; po prostu w miejsce Cebuli zaangażowali Lajosa Szolara, dotąd szkoleniowca... trzecioligowego AKS-u Chorzów! Wiara w węgierską szkołę trenerską była więc ogromna, ale... się obroniła. Co prawda pierwszy mecz pod jego skrzydłami „Niebiescy” przegrali z... ostatnią w tym momencie w tabeli Gwardią (0:1), ale w kolejnych dziewięciu spotkaniach z zadziwiającą regularnością zdobywali po dwa gole. Dało im to sześć wygranych, jeden remis i dwie porażki: 2:4 z Górnikiem w Zabrzu, oraz 2:5 z feralną w tym czasie dla nich Odrą. Sęk w tym, że ta druga porażka miała miejsce w przedostatniej kolejce – a to sprawiło, że finałowa seria gier (rozgrywana 30 października w samo południe) przynieść mogła jeszcze znaczące przetasowania na czele. Szansę na tytuł – prócz liderującego Ruchu – mieli jeszcze opolanie, legioniści oraz broniący tytułu „górnicy”! „Niebiescy” mieli jednak wszystko we własnych rękach; choć więc w 12 minucie wieńczącego sezon meczu z Wisłą stracili gola, najpierw wyrównali za sprawą niezawodnego w tym sezonie Schmidta, a potem „wzięli wszystko”. Dokładnie o 13.30 – w 75 minucie gry – pieczęć na mistrzowskim tytule numer 9 przystawił Eugeniusz Faber! „Wenecki karnawał na stadionie w Chorzowie” - to jeden z medialnych tytułów; sportowe szpalty gazet obiegły też zdjęcia tłumów na murawie i Ryszarda Wyrobka, znoszonego z murawy na ramionach szczęśliwych kibiców.

(Euforia po końcowym gwizdku wieńczącego sezon meczu z Wisłą: transparent mówi wszystko! / fot. archiwum Eugeniusza Lercha)

Nagrody? W PZPN nikt nie myślał jeszcze wówczas o medalach; w klubie z kolei nie pomyślano o wypchanych kopertach. Każdy z zawodników otrzymał za to... walizkę w gustownym zielonym kolorze. Zaś chorzowskie zakłady pracy dorzuciły inne nagrody rzeczowe – był sprzęt sportowy, ale i... okazała „Cepeliowa” palma ze złotymi wiórkami - dzielone „przy kawie i ciastku” w miejskim ratuszu, podczas spotkania z władzami Chorzowa. Po sześćdziesięciu latach – w dobie komercjalizacji futbolu na skalę, z jaką nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia – brzmi to zupełnie egzotycznie; ale właśnie w taki sposób honorowano dziewiąty tytuł mistrzowski „Niebieskich”. Tytuł – dodajmy – który wywalczyło ledwie czternastu chłopa! Nigdy wcześniej i nigdy później w rozgrywkach ligowych kadra mistrza nie była tak skromna!

Lajosowi Szolarowi nawet mistrzostwo nie pomogło w zachowaniu posady; u progu następnego sezonu – z miernymi efektami... - zastąpiły go na trenerskiej ławce „ruchowskie” legendy: najpierw Gerard Wodarz, potem Gerard Cieślik. Schmidt raz jeszcze strzelił 12 goli w sezonie, a Lerch dołożył nawet 14 – ale i tak wystarczyło to ledwie na piąte miejsce. Nic to jednak; okoliczności tytułu z roku 1960, zdobytego na 40-lecie Ruchu – były tak niezwykłe, że do dziś przy Cichej pamięć o tymże sezonie jest wielce żywa...

autor: Dariusz Leśnikowski

Przeczytaj również