Foto: Łukasz Laskowski/Pressfocus - Tyszanie mieli powody do radości
Naprzód - GKS Tychy 2-7. "Brzucha bramkarza nie da się przestrzelić" (video)
Data: 19:42, 2009-10-30
- Coś pękło, a taki rywal jak GKS potrafi to bezlitośnie wykorzystać - Marek Pohl, napastnik Naprzodu Janów, bezradnie rozkładał ręce po wysokiej porażce z GKS-em Tychy.- Przyznam, że spodziewaliśmy się wyżej postawionej poprzeczki - powiedział otwarcie Krzysztof Majkowski, obrońca GKS-u, tuż po zwycięstwie nad Naprzodem. Gospodarze dotrzymywali kroku wicemistrzowi przez 40 minut. - Niestety, mecz hokeja trwa 60 - zauważył Jaroslav Lehocky, trener janowian, którzy w ostatniej tercji zostali rozbici. - Jeszcze przy 2-3 wierzyliśmy w korzystny rezultat. Jednak, gdy straciliśmy czwartą bramkę, totalnie zeszło z nas powietrze - dodał szkoleniowiec.
Losy spotkania mogły się zupełnie inaczej potoczyć. - Gdybym wykorzystał więcej niż tylko jedną z tych sytuacji, jakie miałem, to kto wie. Brzucha bramkarza nie da się jednak przestrzelić - Marek Pohl, napastnik miejscowych, rozkładał bezradnie ręce, kiedy to w kilku dogodnych okazjach trafiał prosto w Sobeckiego. - Po okresie wyrównanej gry, nadeszła chwila dekoncentracji. Coś pękło, a taki rywal jak GKS potrafi to bezlitośnie wykorzystać - dodał niepocieszony "Ernest”.
- Nie mogłem nie wykorzystać podań kolegów - przyznał Majkowski, który dwukrotnie celnie przymierzył z dystansu i stwierdził żartobliwie, że jest: "jak wino, czym starszy, tym lepszy”. Jego koledzy również mieli odpowiednio nastawione celowniki. - Gdzie strzelali tam wpadało - podsumował Pohl.
Zobacz bójkę z udziałem Kulika i Parzyszka >
- Ciężko się gra jak się musi wygrać. Walczymy o pierwszą "szóstkę” i każdy punkt jest na wagę złota. Dziś nie zdobyliśmy żadnego, dlatego nie możemy sobie pozwolić na porażkę w kolejnych meczach - powiedział Lehocky. Większy luz psychiczny mieli za to tyszanie, którzy nie muszą już walczyć o wejście do grona najlepszych. - To właśnie pozwoliło na swobodną grę. Początkowo spotkanie było wyrównane, ale z biegiem czasu narzuciliśmy swoje tempo - zakończył Jan Vavrecka, szkoleniowiec GKS-u.



